Basia skinęła głową z wielką powagą.
— Tymczasem podczas przejścia przez góry zerwała się na wielkiej wysokości ścieżka. Jeden z Francuzów ocalał, drugi zaś i twój ojciec... Panie Boże, daj im światłość wiekuistą... A tobie, dziewczyno...
— Panie profesorze — rzekła Basia głucho. — Czy to wszystko jest pewne?
— Takie sprawozdanie zdał ocalony. Udało mu się dotrzeć do ludzkich osiedli, do miasteczka Loi. Stamtąd powrócił do Paryża. Francuskie Towarzystwo Geograficzne powtórzyło jego sprawozdanie w urzędowym biuletynie248. To wszystko, co wiem.
— I nie szukano ich?
— Owszem, prowadzono poszukiwania jeszcze długo po katastrofie. Nie znaleziono śladu... Przepaści są żarłoczne. Jakieś straszliwe, górskie deszcze musiały pogrzebać tragedię wśród skał i kamieni. A dzisiaj... Dzisiaj mija już dziesięć lat... Głowa do góry, dziewczyno! Twój ojciec padł na posterunku jak żołnierz. Żołnierz nauki jest największym bohaterem. Nie zabija, szuka źródeł życia, chce rozszerzyć świat i wytycza drogi dla tych, co za nim przyjdą ze światłem. Bądź dumna ze swego ojca... Padł na szczytach, na których śmierć czyha, siedząc okrakiem... Czekaj, dziecko, coś ci jeszcze pokażę...
Zdjął ze ściany wielką fotografię, na której obok niego widać było sześciu młodych ludzi.
— To twój ojciec — rzeki zdławionym głosem. — Ten oto, z lewej strony...
Basia wpiła się spojrzeniem w jasną, szczerą, wesołą twarz. Wpatrywała się w nią tak mocno, że ta twarz zaczęła rosnąć, olbrzymieć i oto nagle dwie jasne źrenice zajrzały w oczy Basi.
— Tatusiu! — szepnęła dziewczyna rozdzierającym głosem.