— To pani o tym pamięta... — rzekła Basia ze wzruszeniem. — Jak ja mam pani dziękować?
Ujęła ręce doktorowej i przytuliła do swej twarzy.
— Daj spokój, dziecko! — broniła się gwałtownie pani Budziszowa.— To żadna zasługa... W naszym przeraźliwym mieście nie można gadać z żywymi, więc trochę radości znajdzie człowiek jedynie na cmentarzu. Zasadziłam tu kilka kwiatków, to i cóż?... Mam przynajmniej jakieś zajęcie.
— Przecież pan doktor... — bąknęła Basia.
— Pan doktor więcej się zawsze cieszy tyfusem249 niż mną. Poza tym gra w pikietę z aptekarzem, ładna spółka, co? A jako kibic asystuje im właściciel składu trumien. Ale, ale... Skoro już mowa o śmiertelnym towarzystwie, powiedz mi, co się dzieje z tym upiornym aktorem, co straszy w biały dzień?
— Z panem Walickim? — uśmiechnęła się Basia. — Co niedziela przychodzi do babci na obiad i kłócą się do wieczora. Bardzo się postarzał.
— A zębami zgrzyta?
— Już nie bardzo. Tylko w niedzielę.
Basia spędziła trzy pogodne dni u zacnej — choć skwaśniałej jak zwietrzałe, dobre kiedyś, wino — Budziszowej. Po czułym pożegnaniu trzeba było wracać.
— Trafisz chyba sama do Warszawy? — uśmiechnęła się doktorowa. — Nie potrzeba ci już kartki z adresem?