Pan Antoni Walicki, najstraszliwszy Herod wszystkich czasów, żywy upiór i wilkołak, prezes stowarzyszeń straszących duchów, herszt256 zbójców i krwawe widmo, nie miał jednak tego zamiaru. Dyszał ciężko i łowił powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Wodził ponurym spojrzeniem po pułapie, jakby ujrzał tam śmierć pod postacią pająka. Czasem pokrzykiwał głośno i zapewne ją odstraszył, bo długo czaiła się w mroku. Gorączka zjadała go uporczywie.
Przyjaciel Szot odwiedzał go często i wpatrywał się w niego smętnym, zbolałym wzrokiem. A pan Antoni zapytywał urywanym, spotniałym głosem:
— Co słychać w teatrze?
Przyjaciel opowiadał o blaskach i nędzach umiłowanego przybytku sztuki, udając beztroską wesołość. Nagle ujrzał na cmentarzysku twarzy Walickiego gwałtowne skrzywienie, znając zaś jej obłędną wymowę, zdumiał się:
— Czemu się cieszysz, Anteczku?
— Cieszę się... — mówił ciężko stary Herod — bo zbliża się wielka, wielka przyjemność... Tylko czekam, aby umrzeć... Tej samej nocy tak będę straszył tego ananasa dyrektora, że albo osiwieje, albo ucieknie z domu...
— Warto, warto! — rzekł Szot z uznaniem. — To partacz257, nie dyrektor. Ale ty, Antoni, nie umrzesz... Mowy nie ma!
— Umrę, umrę, choćby z grzeczności... Nie mogę robić zawodu doktorom, którzy już podpisali wyrok. Aha, Szot!
— Słucham cię, bracie!
— Poduszkę możesz zabrać sobie... Kołdrę też... Tylko nie sprzedawaj, opryszku jeden, bo się spijesz... Znam cię. Za to musisz przed karawanem258 nieść wszystkie moje ordery...