Tak była zamyślona, że nieostrożnie przechodziła przez jezdnię w niebezpiecznych miejscach. Nagle usłyszała zdyszane sapanie i gniewny, rozkrzyczany warkot automobilu, który z największym trudem zatrzymał się tuż przed nią. Posypał się w jej stronę grad gwałtownych okrzyków. Oprzytomniawszy, zaczęła biec w stronę chodnika. Uniknąwszy śmierci, nie zdołała jednak umknąć przed policjantem, który stanął przed nią z marsową265 miną.

— Czy panna nie ma oczu? — zadał jej dość ironiczne pytanie, gdyż dwoje oczu patrzyło w niego z pokornym lękiem. — Trzeba będzie zapłacić złotówkę... Ma panienka pieniądze?

Basia miała pieniądze i już chciała otworzyć torebkę, lecz zatrzymała się. Pokorny lęk ciężkiego przestępcy nagle gdzieś się zapodział, a bezczelna damska figura, mącąca haniebnie prawidłowy ruch uliczny, spojrzała bystrze na pogodne oblicze przedstawiciela porządku publicznego i rzekła:

— Dobry wieczór, panie Michale!

Granatowy człowiek otworzył szeroko urzędowe usta i jakby stężał — tak samo jak żona Lota, gdy została zamieniona w słup soli. Przez jezdnię przemknęło, chytrze i podstępnie, co najmniej dziesięciu lekkomyślnych Lechitów266, zanim policjant odzyskał mowę i buchnął okrzykiem jak fontanna:

— Panna Basia!

Zdawało się przez chwilę, że w obliczu niesfornego267 świata, mającego skłonność do wpadania pod auta, zbrojny mąż zacznie całować rączki dziewczyny. Pohamował się jednak i tylko oczami krzyczał, że nie mogła go spotkać większa przyjemność i że dawno nie zaznał wspanialszej radości. Tego nie mogły mu zabronić żadne przepisy. Dawny Michałek, wierny sługa pana Olszowskiego, ósmy brat śpiący, trzeci z kolei opiekun Basi, jej czciciel i adorator268, a obecnie godny podziwu rycerz, przypasany do rewolweru i pałki, otworzył po raz drugi cudowną gębę, tym razem w szerokim uśmiechu. Druga dziesiątka niesfornych Lechitów, korzystając z tego otumaniałego stanu przedstawiciela władzy, przebiegła przez jezdnię w niedozwolonym miejscu.

— O, jak się cieszę... O, jak panienka wyrosła... — mówił szybko granatowy mąż. — Teraz nie mam czasu na rozmowę, ale czy mogę przyjść do państwa?

— Musi pan przyjść! — rzekła Basia serdecznie. — Do widzenia!

— Chwileczkę! — mówił czujny żuraw. — Panno Basiu... Proszę się nie gniewać... Ale złotóweczkę trzeba zapłacić!...