W okrzyku tym było tyle skargi, tyle prośby, tyle jęku i tyle łez, że napełnił on cały pokój. Cisza, która potem zapadła, była jakaś niezmiernie poważna i uroczysta. Bladość pokryła twarz i serce dziewczyny. Stała bezradna i zalękła wobec czegoś wielkiego i wzniosłego. Biedny człowiek wzywał Boga głębokim jękiem duszy.
— Zasnął... — szepnął Szot.
Basia podniosła się z krzesła i patrzyła z niewysłowioną tkliwością na tę twarz brzydką, chmurną, wymęczoną i zmiętą. Jej pierwszy opiekun, udręczony cierpieniem, leżał bezbronny — Łazarz i Hiob, dopraszający się jednego ciepłego słowa. Chciała mu ich powiedzieć milion.
— Śpi... — powtórzył Szot.
Nagle Basia chwyciła jego rękę.
— Niech pan patrzy!... — szepnęła.
Poorana zmarszczkami, groźna twarz krwawego Heroda uległa jakiejś gwałtownej przemianie: wygładziła się, pojaśniała i chyba przez niepojęty cud opromieniła się jasnym, dobrym, łagodnym uśmiechem. Złoto tego niespodziewanego uśmiechu ukazało się na jego bladych ustach. Ponury straszliwiec uśmiechał się, szczęśliwy, och, jak bardzo szczęśliwy!
Musiał umrzeć, aby się uśmiechnąć...
10. „Intryga263 i miłość”264
Basia wracała do domu jak półprzytomna. W swoim króciutkim życiu widziała już śmierć dwa razy, a myślała wciąż o trzeciej: w przepaści dalekiej ziemi. Dwa razy dotknęła jej ręką. W tej chwili niosła w oczach ostatni, dobry uśmiech znużonego człowieka, który tym uśmiechem witał spokój wieczysty i niezmącony.