Zdawało mu się, że jest śmiertelnie znużonym262 wędrowcem, co wyczerpany legł pod drzewem, na którym śpiewa ptak. Pachną mocno fiołki, pachną aż do upojenia, a łaskawe, wiosenne słońce ogrzewa jego zgrabiałe z zimna ręce. Dotyk słońca napełnia go niewysłowioną błogością... Jest mu ciepło, jest mu niezmiernie dobrze... Promień pieszczotą ogrzewa jego dłonie. Spojrzał na nie, otworzywszy z trudem oczy, i ujrzał, że to nie słońce — to Basia położyła na nich swoje dziecinne, małe rączęta.

— Basiu... — szepnął jakby zdumiony. — O, jak ciepło... Tak... To przecież wiosna...

Dziewczyna spojrzała z rozpaczą w stronę Szota.

Czemu Herod mówi o wiośnie? Zapada właśnie jesienny mrok. Co mu się roi?

A Walicki mówi zdyszanym szeptem:

— Jest mi dobrze... Strasznie byłem zmęczony... Tyle lat, tyle lat... Serce spalone na popiół... Wszystko spalone. Bo ja zawsze całą duszę... Całą duszę wkładałem w to, co było... Co było piękne... Basiu, jesteś tu?

— Jestem! — odpowiedziała zdławionym głosem.

— Nie odchodź... Całe życie sam... Niech przynajmniej teraz... Nie boisz się mnie?

— Wujaszku!

— To dobrze... Ja tylko na twarzy... Ale w duszy... O Boże, Boże miłosierny!...