Przedstawienie było świetne. Wiele osób płakało z rozczulenia, ale nigdy razem — zawsze z osobna. Gdy śpiewała Zosia, płakała mama Zosi i jej dwie ciotki; po czym szybko ocierały łzy, bo zaczynała grać na skrzypcach Irena. Wtedy z kolei obowiązek rzewnego łkania spadał na jej mamę i trzy kuzynki. W ten sposób, powoli, wszyscy odpłakali swoje, nikt nie został pominięty i cała publiczność była bardzo zadowolona.
Dreszcz przebiegł przez salę, gdy już przebrzmiały wysokie, kocie śpiewy i gdy wszystkie baranie kiszki skrzypiec wypłakały swe skargi. Teraz odbędzie się „uroczysty finał”. Po podniesieniu zasłony blask padł na scenę. Zielonooka, jako bóstwo, promieniała majestatem298; w oczach miała zielone błyskawice, a na czole królewską dumę. Odziana była w powiewne szaty, lekkie jak obłok. Basia, klęcząca przed nią pokornie, wzniosła ku niej błagalnie ręce, wołając:
— „Ty światło szerzysz, o dostojna pani, ty nas ku zorzy299 prowadzisz z otchłani, ty swą pochodnią precz odgarniasz mroki, ku prawdzie wiodąc zawsze nasze kroki!”.
— Zniżyć pochodnię! — ostrym szeptem rozkazał Szot spoza kulisy.
Zastygła w swej pysznej pozie Zielonooka, wpatrzona w pokorną Basię, napawała się triumfem. W dumnym zapamiętaniu zapomniała o roli. Usłyszawszy przenikliwy rozkaz Szota, opuściła płonącą pochodnię tak szybko...
Krzyk przerażenia i gromadny jęk wybuchły na zatłoczonej sali. Czcigodna przełożona zemdlała. Dziewczęta pisnęły płaczliwie. Powiewne szaty bóstwa oświaty zapłonęły żywym ogniem.
— Pali się, pali się! — krzyknęło sto zrozpaczonych głosów.
W zielonych oczach bóstwa zamigotał śmiertelny strach. Wszyscy tak osłupieli, że nikt nie rzucił się na ratunek. Nie! Nie wszyscy... Basia zerwała się z klęczek kocim ruchem i parząc sobie ręce, zaczęła z jakąś oszalałą pasją zrywać z bóstwa płonące szmatki. Zdarła zasłonę i zaczęła dławić300 ogień.
— Panie Szot! — krzyknęła przeraźliwie.
Szot wyskoczył spoza kulis i błyskawicznym ruchem zdjąwszy z siebie frak, użył go nadzwyczaj sprawnie do gaszenia pożaru, po czym, porwawszy nieszczęsne bóstwo na ręce, wyniósł je ze sceny.