— To nie ja, to babcia...

— Ja? Ja nigdy nie płaczę... Nigdy... Tylko raz jeden: u Ojca Świętego na posłuchaniu331. Wtedy powiedział do mnie po łacinie: „Nie płacz, moja córko! Zaraz się skończy!”. Ale teraz nie płaczę... Wracaj prędko z ojcem... I powiedz mu, że może przychodzić do mnie na obiad w każdą niedzielę... Z tym Szotem nie mogę już wytrzymać, bo tyle zjada... Masz wszystko na drogę?

— Wszystko, babciu najdroższa!

— Jak mówisz? „Najdroższa”? Dawno już nie słyszałam tego wyrazu... Dawno... Mój pierwszy mąż mówił tak do mnie, ale potem, szelma332, uciekł ode mnie... Marcysiu! Przynieś wszystko z mojego pokoju!

Państwo Olszowscy patrzyli z przerażeniem, a Basia z rozradowaniem na olbrzymi tłumok333, związany katowskim sznurem.

— Co to jest? — krzyknął pan Olszowski.

— Podróżne drobiazgi — odpowiedziała babcia z przekąsem. — Ty byś o tym nie pomyślał, ale ja tak. W tym zawiniątku jest poduszka, kołdra, gumowa flaszka na gorącą wodę, maszynka spirytusowa i butelka ze spirytusem. W długiej podróży wszystko się przyda... Aha! Coś tam jeszcze jest... Marcysiu! Co tam jest?

— Pieczony indyk i kilo bulionu — rzekła Marcysia, lejąc ślozy na indyka i na bulion.

— To na Paryż! — zawołała babcia. — Bo tam ponoć karmią pieczonymi ślimakami.

Basia tkwiła w objęciach pani Tańskiej, a pan Olszowski mówił szeptem do żony: