— Zabierz to do domu albo rzuć z mostu do Wisły!

Potem wycałował dzielną babkę, która rzekła z niesmakiem:

— Czuć cię cygarami. Człowiek palący cygara nie powinien leźć z gębą do wytwornych kobiet. Marcysiu! Prędko, wody kolońskiej!

12. Szukanie duszy

Pan Gaston Dimauriac był Gaskończykiem334, jak sławny poeta, muzyk, fizyk i rębajło335, Sawiniusz Herkules Cyrano de Bergerac336, właściciel największego nosa, jaki kiedykolwiek oglądano — tego, o którym powiedziano, że idzie przed swoim właścicielem o kwadrans drogi i dla którego trzeba będzie po śmierci nosala usypać osobny kopiec. Jak wszyscy południowcy pan Gaston odznaczał się niewyczerpaną ruchliwością ciała i kwiecistą barwnością stylu, przemawiał zaś równocześnie ustami, oczami i rękoma. Słowami migał jak szpadą, przypominając owego Gaskończyka, który grzmiał w liście: „Piszę do ciebie, trzymając pistolet w jednej ręce, a szablę w drugiej”. Zapalony entuzjasta tak się uradował niepewną wieścią o ocaleniu towarzysza i przyjaciela, że ani chwilę nie wątpił w jej prawdziwość. Uściskał Basię z rozrzewnieniem, zerwał z ruchliwych ust najpiękniejsze słowa i obsypał ją nimi jak różami. Z serdeczną wylewnością klepał po ramieniu Olszowskiego i oznajmił mu, że niezwykle kocha „dzielnych Polaków”.

Basia słuchała z wypiekami na twarzy nieustannego szumu słów pana Dimauriaca, wyławiając zachłannie te, w których jawił się jej ojciec.

— Czy żyje? — wołał pan Gaston. — Musi żyć! Taki nie zginie... Wydobył się spod gruzów kamieniska. O, dzielny człowiek!

— Jak to było, drogi panie? — pytał pan Olszowski.

— Źle było, nieszczęśliwie było! Pięliśmy się na koniach górską ścieżką pełną wyrw i rozpadlin337. Wcześnie rano, zaraz po wschodzie słońca. Ojciec tej panienki jechał pierwszy, za nim drugi nasz towarzysz, a ja na końcu, o kilka kroków w tyle, gdyż moje zwierzę miało zranioną nogę. Droga była zawsze niebezpieczna, tego dnia jednakże trudniejsza niż zwykle, bo śliska. Stąpaliśmy bardzo ostrożnie, byliśmy bowiem bez przewodnika... Spił się, zwierzę, i uciekł... Tam bardzo piją... Bzowski jednak naglił338, gdyż straciliśmy wiele czasu przez deszcze. Naprzód, naprzód! To było złe... Nasze dzielne konie musiały niejeden raz skakać przez rozpadliny, wielokroć musieliśmy zamykać oczy... Droga była ciężka, lecz cudowna. Chmury wlokły się pod nami, nad nami rozpościerał się błękit, wyprany w stu burzach i wysuszony na palącym słońcu. Chcieliśmy przed zachodem dotrzeć na szczyt góry, aby zejść na nocleg w dolinę leżącą mniej więcej w połowie naszej drogi. Po kilku godzinach dotarliśmy do miejsca prawie nie do przebycia. Trzeba było zawrócić, szukać jakiejś okrężnej trasy i stracić kilka dni. Zastanawialiśmy się nad tym, odpoczywając, bo nogi naszych zwierząt, ciężko objuczonych339, drżały ze zmęczenia. Wtedy stało się najgorsze: nie wiadomo skąd i kiedy zaczęła nas okrążać mgła, ciężka i zgniła; jakaś okropna, gęsta powódź, która zabrała góry, skały i cały świat, jakby to wszystko połknęła. Sytuacja stała się rozpaczliwa, bo z niewidzialnych gór zaczął sączyć się dotkliwy, przejmujący chłód. Po godzinie zdrętwieliśmy tak, że nie mogliśmy poruszać rękami.

— Och, ojczulku! — szepnęła Basia po polsku.