Dimauriac spojrzał na nią przenikliwie, jakby się chciał przyjrzeć obcym słowom, których nie pojmował. Musiał je jednak zrozumieć, gdyż pogładził dziewczynę miękko po głowie.
— Cicho, cicho, panienko... To jeszcze nie koniec... Teraz dopiero zaczęło się nieszczęście. Nie widzieliśmy nic na odległość ręki. Zdawało się nam, że jesteśmy nurkami na poszarpanym dnie morza. Wiedzieliśmy, że po lewej stronie znajduje się stroma ściana skały, a po prawej przepaść. Nie mogliśmy stać w miejscu, nie mogliśmy zdążać przed siebie. Na każdym zakręcie zygzakowatej ścieżki czyhała na nas skostniała na zimnie śmierć.
— Nie wydostaniemy się stąd! — rzekł nasz towarzysz.
— Musimy się wydostać! — krzyknął pani ojciec. — Przecież tą drogą, jeśli to można nazwać drogą, przejeżdżali Indianie i przebył ją samotny, biały człowiek: słynny podróżnik, Szwajcar Tschiffely340, „człowiek na dwóch koniach”. My wprawdzie zmierzamy dalej, ale co się udało jednemu, uda się i nam trzem.
Pani ojciec starał się podtrzymać w nas odwagę; nie mógł, niestety, powstrzymać nocy, która waliła się na nas jak okropny upiór, wysławszy przed sobą ową gęstą mgłę. Uradziliśmy gorączkowo, aby pozostawić konie i choćby czołgając się, powrócić w dość bezpieczne miejsce, w którym byliśmy przed trzema godzinami. Zwierzęta zdołają przetrwać tutaj noc, my nie. Zabraliśmy odrobinę zapasów i paliwa i ostrożnie, niemal po omacku, poczęliśmy iść krok za krokiem w dół. Było przeraźliwie zimno, a z nas pot lał się strumieniami. Pani ojciec, idąc znów na przedzie, dotykał ręką każdego kamienia jak ostrożnie stąpający ślepiec. Wszyscy trzej byliśmy niczym niewidomi... Zacisnęliśmy zęby i odbywaliśmy tę okropną wędrówkę w śmiertelnym milczeniu. Wokół też panowała absolutna cisza. W pobliżu gniazda śmierci milkną wszystkie głosy. Obyśmy byli nie słyszeli żadnego...
Pan Dimauriac otarł pot z czoła, przeżywając w opowieści ową godzinę.
— Usłyszeliście głos? — zapytał cicho pan Olszowski.
— Tak — rzekł ciężko Francuz. — Usłyszeliśmy ryk skalistej ziemi. Jakaś niewidzialna, straszliwa ręka, jakaś głucha moc uderzyła w górę, a ta cisnęła na naszą dantejską341 drogę niezliczoną masę skalnych odłamków. Góra ukamienowała nas. Po głuchym dudnieniu poznaliśmy, że toczą się na nas ruchome głazy. Usłyszałem nagły okrzyk ojca pani, jakiś rozpaczliwy rozkaz, dramatyczną komendę. Nie zrozumiałem jednak do końca, bo w tym momencie ugodził mnie w piersi kamienny pocisk. Nie wyobrażałem sobie większej ciemności niż ta, która nas otaczała, a jednak ogarnęła mnie jeszcze większa, już nieprzenikniona. Dopiero po dwóch dniach... Po dwóch dniach odnaleziono mnie, ale tylko mnie...
— A mój ojciec? Co się stało z moim ojcem?
— Nikogo nie było na zerwanej ścieżce, na okropnym osypisku. A z lewej strony była przepaść... Byłem chory, rozbity, półprzytomny, lecz ostatkiem sił domagałem się poszukiwań. Jestem dobrym i uczciwym towarzyszem, droga panienko... Moje sumienie jest czyste... Zostało zrobione wszystko, co w ludzkiej mocy... Niedaleko, pod skalnym rumowiskiem, odkryto naszego martwego towarzysza, pani ojca jednak nie znaleziono. Mnie zniesiono daleko, do Loi. Spędziłem tam trzy miesiące, wciąż mając nadzieję, że może jakiś ślad, może jakaś wiadomość... Musiałem wreszcie wracać... Niech mi pani wierzy, że z rozdartym sercem... Przez dziesięć lat nie mogłem znaleźć spokoju. Ostatni krzyk pani dzielnego ojca brzmiał w moich uszach: ostry, przenikliwy, rozdzierający krzyk. Aż oto nagle, po dziesięciu latach...