— Prędko, prędko! Niech pan mówi!
Dimauriac uśmiechnął się łagodnie.
— Czyż można mówić prędzej niż ja? Ale będę mówił jeszcze szybciej... Otrzymaliśmy wiadomość, najpierw mocno ogólnikową, potem bardziej zrozumiałą. Amerykański przyrodnik, zbierający okazy dla Muzeum Przyrodniczego w Nowym Jorku342, zasłyszał w mieście Guayaquil343, że we wnętrzu Ekwadoru, wśród szczepu Jiwaro, przebywa biały człowiek, który, niech to pani nie przeraża, żyje jak Indianie. Nie chcę mówić, jak wygląda to życie... Ponieważ Amerykanina poczęła dręczyć ta zagadka, a zmierzał właśnie na tereny Jiwaro, odbył swoją podróż pośpiesznie i niedawno przybył z powrotem do ekwadorskiej stolicy344 z tym tajemniczym człowiekiem. Miał ciężką przeprawę z Indianami, którzy go nie chcieli wydać, bo szkoda im było posłusznego robotnika, ale także dlatego, że żywią oni zabobonną345 cześć dla...
Urwał nagle, aby nie powiedzieć, komu dzikie szczepy nigdy nie wyrządzają krzywdy. Potem mówił szybko:
— Od niego samego nie można się było dowiedzieć niczego, lecz człowiek ten miał przy sobie dokumenty. Chyba jakaś iskierka świadomości nakazała mu je zachować. Indianie zresztą opowiedzieli, jak się wśród nich znalazł ten biały. Złożono jedno z drugim, przypomniano sobie, zbadano i nie ulega wątpliwości, że tym białym człowiekiem, co dziesięć lat spędził wśród jednego z najdziwaczniejszych i najmniej znanych plemion indiańskich, jest pani ojciec!
— Gdzie on jest w tej chwili?
— Właśnie oczekujemy dokładniejszych wiadomości, gdyż dotąd rozmawialiśmy jedynie przez kabel. Największym pokrzepieniem dla pani jest niezbity fakt, że ojciec żyje, ale i to niech będzie pociechą, że Francuskie Towarzystwo Geograficzne gorąco przejęło się jego sprawą. Zostało zarządzone wszystko, co powinno być przeprowadzone w imię uczciwej solidarności, która łączy ludzi nauki.
Zapowiadane przez Dimauriaca wieści nadeszły w niedługim czasie. W. S. Williams, ów Amerykanin, który poświęcił niezmiernie wiele trudu, aby odnaleźć Bzowskiego, swoje samarytańskie346 dzieło doprowadził do końca. W obszernym liście zdał sprawę uczonemu Paryżowi, który wysłał ową nieszczęsną ekspedycję; równocześnie zaś wiedząc, że Bzowski jest Polakiem, zawiadomił o wszystkim polskie władze konsularne347 w Nowym Jorku. Uratowany jest pod dobrą opieką.
Dimauriac przybiegł zdyszany do hotelu z tymi wiadomościami i wymachując rękami jak tonący, ogłaszał wielką nowinę.
— Amerykanin, o, dzielny Amerykanin! — mówił gorączkowo. — Dokonał wielkiej rzeczy... Poświęcił prawie dwa miesiące, aby pani ojca przewieźć do Nowego Jorku. Dobry człowiek, zacny człowiek!