— Czemu pan mówi: „przewieźć”? Czy mój ojciec nie mógł sam... — spytała Basia ciemnym głosem.

— Tak się tylko mówi, tak się mówi... Zresztą, niechże pani pomyśli: dziesięć lat pobytu poza życiem, wśród półdzikich, brudnych ludzi, w zapadłym, skalistym zakątku. Musiało mu nie być wesoło...

— Tak, tak... — rzekła Basia smutno. — Ale dlaczego mój ojciec nie umiał sam powiedzieć niczego o sobie?

Dimauriac spojrzał przenikliwym, porozumiewawczym wzrokiem na pana Olszowskiego, który, zrozumiawszy, że Francuz nie chce powiedzieć wszystkiego, zapytał szybko:

— Czy Williams pisze, w jaki sposób Bzowski ocalał?

— Pisze, pisze! — mówił Dimauriac gorączkowo. — Z tego, co zdołano wydobyć od Indian Jiwaro, wynika, że dwaj członkowie plemienia znaleźli go w wielkiej odległości od miejsca katastrofy. Dlatego nasze poszukiwania, ograniczone do niewielkiego terenu, nie mogły odkryć żadnych śladów. Złożywszy wszystkie szczegóły, Williams przypuszcza, że pani ojciec, uniesiony przez kamienistą lawinę jak przez wezbraną rzekę, znalazł się w jakiejś rozpadlinie. Był ranny i zakrwawiony, lecz odzyskawszy siły, zaczął iść przed siebie z rozpaczliwym uporem. Desperacja348 umie pokonywać najstraszniejsze przeszkody... Ucieczka przed śmiercią jest gonitwą nieprawdopodobną... Pani ojciec przeszedł drogę, której przebycie byłoby trudne dla dzikiego zwierza. Nigdy się nie dowiemy, jak mu się to udało!

— Dlaczego „nigdy”? Przecie ojciec opowie... — rzekła Basia ze zdziwieniem.

Francuz, spostrzegłszy, że uniesiony potokiem słów, sam się wpędził w nieprzebyty gąszcz, zbladł i nagle zacisnął usta. Rozłożył ręce gestem bezradnej rozpaczy, wreszcie zaczął mówić powoli, jak gdyby każde słowo było cierniem, a on je sobie wyrywał z serca:

— Powiem... I tak to się wyda... Po co ukrywać? Pani jest dzielna, pani się nie przerazi. Pani ojciec stracił pamięć.

— O Boże! — krzyknęła Basia.