Tej rozdzierającej scenie zaczęli się przyglądać przechodnie.
— Chodźmy stąd — szepnął Dimauriac.
— Czy ja będę potrzebny? — zapytał obcy człowiek.
— To pielęgniarz... — objaśnił Francuz. — Jak pan rozkaże, panie Olszowski?
— Ja będę pielęgnować ojca! — odpowiedziała Basia szybko.
Uczyniła taki ruch, jakby strząsała z siebie wszystką słabość, roztkliwienie i udrękę. Pan Olszowski patrzył na nią z podziwem. Nie wiadomo, za jaką okropną cenę kupiła od własnego serca uśmiech, który się niespodziewanie zjawił na jej twarzy. Nie wiadomo, skąd drobne, wątłe, niewyrośnięte stworzenie — niedbały jeszcze projekt pełnego człowieka — zdobyło siłę, pewną siebie i hardą. Wobec dwóch mężczyzn — niezdecydowanych, zatrwożonych i wzruszonych — Basia objęła przodownictwo. Otoczyła ojca ramieniem ufnie, śmiało i bez lęku.
— Chodźmy, tatusiu! — rzekła z niewysłowioną słodyczą.
— W jakim języku przemawia ta młoda miss358? — zadał pytanie Amerykanin.
— Po polsku.
— On czasem mówi — szepnął do Dimauriaca. — Nikt jednak tego języka nie rozumie. Jest to jakaś dziwaczna mieszanina. Pan Williams twierdzi, że są w niej słowa hiszpańskie, indiańskie i jeszcze inne, których rozpoznać nie umiał.