— A czemu on czyni takie dziwne ruchy rękami?

— Pan Williams mówił, że to z nawyku. U Indian plótł kapelusze, pan wie: „panama”359, z takiej cienkiej słomki. Poza tym jest łagodny jak dziecko. Dobry człowiek, tylko że umarł za życia...

Basia prowadziła ojca do auta, ująwszy go pod rękę. Nie stawiał żadnego oporu, raz tylko przystanął i obejrzał się, jak gdyby szukał znajomej twarzy pielęgniarza.

Zachowywał się istotnie jak dziecko — potulne i posłuszne. Basia zdrętwiała na chwilę, gdy w hotelu usłyszała jego głos. Był sam w pokoju i mówił do siebie; ściszonym, miękkim, jakby obolałym głosem wymawiał dziwaczne słowa bez ładu i składu. Zdawało się, że chore dziecko prosi o coś pokornie, lecz nie ma nadziei, aby je wysłuchano. Mocny skurcz zdławił dziewczęce serce. Szybko otarła łzy, zanim weszła.

Przemawiała do niego z niewysłowioną słodyczą, krótkimi, niewymyślnymi zdaniami. Nie odpowiadał. Czasem przechylił głowę, jakby nasłuchiwał dalekiego echa, lecz na nieruchomej twarzy nie znać było żadnego błysku. Brał z jej ręki jedzenie i połykał je w pośpiechu, nie zważając, co zjada. Potem zapadał w kamienność i tylko przebierał szybko palcami, plotąc urojone kapelusze.

Pan Olszowski, bardzo zgryziony, naradzał się ze wzruszonym do głębi Francuzem..

— Taki umysł, taki człowiek! — biadał Dimauriac. — Światło w nim zgasło jak w lampie. Biedny on i biedna dziewczyna... Lecz jaka dzielna! Co mówili lekarze?

— Co mogli powiedzieć? Gwałtowny uraz psychiczny, poza tym, sądząc z głębokich blizn na głowie, katastrofa fizyczna.

— A jaka jest nadzieja?

— Jeśli orzeczenie, że „jednak cuda się zdarzają”, jest szczątkiem nadziei, w takim razie szczątek ten istnieje. Niech go Bóg ma w swojej opiece.