Złote niebo nagle się otwarło i Basia ujrzała przez słoneczne opary dobrą, promiennie uśmiechniętą twarz Boga.
13. Narodziny człowieka
Sędziwa pisarka, Selma Lagerlof365, przytoczyła w jednej ze swych książek śliczną legendę o pobożnym i wytrwałym rycerzu, który przyniósł w dłoniach do swojego dalekiego kraju na północy światełko zapalone w Ziemi Świętej366. Z taką samą wierną czujnością Basia podczas dalekiej podróży strzegła tej nikłej iskierki, która się zatliła w duszy jej ojca jak w alabastrowej367 lampie. Dusza, od wielu lat uśpiona i osnuta mrokiem, ledwie drgnęła. Trzeba było nadludzkiego wysiłku, aby migocące, chwiejne światełko nie zgasło. Bóg widzi, że Basia utrzymywała je przy życiu często już ostatnim tchem. Za wszystkie skarby świata nie odstąpiłaby nikomu opieki nad tym szczątkiem najdroższego człowieka. Wymęczona była do ostatecznych granic: miała oczy zapadnięte, lecz wciąż gorejące i czujne; twarzyczka jej schudła i pociemniała, ręce często drżały. Środkami przepisanymi przez uczonych ludzi wzmacniała zniszczony organizm ojca, lecz jego duszę leczyła sama. Nikt inny — nawet najbardziej cierpliwy i najlepszy — nie mógłby jej zastąpić. Usłyszawszy pierwsze rozsądne słowa ojca, osłabła z radości, a wielkie, gorące łzy potoczyły się z jej oczu. Byle wytrwać, byle wytrwać! Już jeden promyczek wsiąknął w mroczny umysł, jak o wschodzie słońca pierwszy jego promień wciska się do ciemnej izby przez serduszko wycięte w okiennicy. Przez serduszko Basi przebłysnęło to światełko, które padło na nieruchome oczy ojca.
Jest coraz lepiej, coraz lepiej... Przez niedomknięte drzwi dojrzała, jak ojciec wziął w ręce książkę. Przyglądał się jej ciekawie, potem zaczął, jak dziecko szukające obrazków, niecierpliwie przewracać jej kartki. Odłożył tom z grymasem niechęci, lecz po chwili coś go znowu ku niemu pociągnęło. Otarł ręką czoło, na którym ukazały się krople potu — oznaka nadmiernego wysiłku. Do głębi wstrząsnęło Basią jednak inne zdarzenie. Pewnego popołudnia usnęła, siedząc w głębokim fotelu. Czujna nawet we śnie, posłyszała lekkie, jak gdyby skradające się kroki. Ojciec! Obudzona, patrzyła przez zmrużone powieki, co zamierza uczynić. On pochylił się nad nią i długo wpatrywał się w jej twarz; potem nieśmiałym, przyczajonym, kocim ruchem musnął je włosy. Basię przebiegł dreszcz. Po chwili poczuła delikatny dotyk jego dłoni na swoich oczach i na twarzy. Wodził ręką jak ślepiec pragnący poznać znajome rysy. Musiało mu to sprawiać przedziwną przyjemność, bo stało się coś nadzwyczajnego: na zmartwiałej twarzy ojca ukazało się coś, co mogło być uśmiechem.
Z dnia na dzień, z godziny na godzinę budziła się ta zaczarowana dusza. Opowieść o tym byłaby obszerną historią, pełną ponurości, z którą przeplata się radość. Trzy miesiące trwał ten uciążliwy pochód ku samowiedzy, jaki odbywa niemowlę przez swoje pierwsze lata. Dziecko naucza matka, tego biednego człowieka wiodła za rękę młodziutka dziewczyna, jego córka — bohatersko, z namiętnym uporem i z taką niezmierną siłą woli, że zdumiony Dimauriac, chyba po raz pierwszy w życiu nie powiedziawszy barwnego słowa, ucałował z czcią obie dłonie Basi, dziecinne ręce. Nie wytrzymał jednak i powiedział jej kwieciście przy pożegnaniu:
— Każde ludzkie serce ma swoją ciemną i słoneczną stronę. Pani serce ma tylko tę słoneczną. Drogie dziecko, ocaliła pani ojca!
Basia śmiała się, płacząc.
Wygodną morską drogą przywiozła ojca do Polski.
W Warszawie oczekiwano ich z serdeczną niecierpliwością. Pani Tańska, zaniepokojona i gwałtownie przejęta, codziennie zatruwała życie Olszowskiemu.
— Zostawiłeś dziewczynę z wariatem, który ją któregoś dnia udusi. Świetny pomysł! Tylko mężczyzna potrafi tak urządzić...