— A ja jednak żyję z pisania książek! — zawołał Olszowski triumfalnie.

— Na razie żyjesz, ale możesz umrzeć na tyfus głodowy. Bądź zdrów! Muszę już iść; Marcysia myje sobie dzisiaj głowę, więc może być pożar, bo myje benzyną. Gdyby się tak szczęśliwie zdarzyło, żeby się baba spaliła, dam Bzowskiemu jej głowę. Aha! Czy to prawda, że on za Basią świata nie widzi?

— Za jej sprawą zobaczył świat...

— Rozpuści dziewczynę jak dziadowski bicz! Tego tylko brakowało... Ale ja się tym zajmę! Zawsze się śmiejesz? Czy ja nie mogę powiedzieć słowa, żebyś się nie śmiał? Panie Olszowski, mam zaszczyt pożegnać pana.

Babcia miała rację mówiąc, że Bzowski rozpuszcza Basię. Patrzył w nią jak w obrazek, wodził za nią rozkochanym spojrzeniem. Nieraz, wskazując dziewczynę palcem, mówił:

— To jest... Basia.

Z nią jednak stało się coś przedziwnego. Ponad wiek poważna w owych chwilach, gdy ze zgryzotą w malutkim sercu drżała w Paryżu, nadsłuchując każdej wieści o ojcu; niemal dorosła kobieta, gdy z matczyną słodyczą uczyła go najprostszych słów; cierpliwa jak siostra miłosierdzia, najczcigodniejsze stworzenie na świecie, gdy czuwała przez całe noce — jednego dnia zmieniła się całkowicie. Stało się to wtedy, gdy jej ojciec, pobity mrokiem, powrócił do życia i gdy stał się znowu człowiekiem rozumnym. Wtedy, jak gdyby ukończywszy straszliwą pracę ponad siły, odetchnęła pełną piersią, zdjęła z udręczonego serca nieznośny ciężar i tego dnia poczuła z niewysłowioną radością, że znowu ma piętnaście lat. Świat, nasiąkły ciemnością, tak się rozjaśnił, że wszystko na nim rozkwitło. Do Basi przybiegła jakaś radość — śmieszna, rozkrzyczana, rozgadana i tańcząca. Zmartwiona kobietka, zawróciwszy ze swej kamienistej drogi, z sarnim pośpiechem pobiegła z powrotem do owego dnia, który się dwanaście razy uśmiechał dwunastoma godzinami. Stała się znowu dziewczątkiem, rozpoczynającym swoją wiosnę — burzliwą, zmienną jak marcowe pogody, słoneczną i śliczną. Jednym gibkim ruchem dzikiego stworzonka, co wyskakuje z ciemnego legowiska na zieloność łąki, strząsnęła z siebie wszystko, co ją gniotło i co kamieniem legło na jej mło­dości. Radość, radość, wszędzie jest radość! Ani przez chwilę nie poczuła dumy ze spełnionego wysiłku. Jej niezmierna miłość podjęła wyprawę w umęczoną krainę łez i odniosła zwycięstwo, więc nie ma o czym mówić. Ojciec odrabiał stracone lata życia, a ona odrabiała teraz wszystkie stracone promieniste dni. Wcześniej biła od niej wesołość, teraz radość buchała z niej jak z dziesięciu młodych serc.

Nie jeden też, lecz dziesięciu autorów nie zdoła opisać ludzkim, rozumnym słowem tego wrzasku, jaki się podniósł w szkole po jej powrocie. Mizerne wyobrażenie o nim mógłby dać równoczesny dźwięk wielu aparatów radiowych, obdzieranych w tym samym momencie ze skóry. Natura wzdrygnęła się, szepcąc zbielałymi ustami: „Czy to już koniec świata?”.

Niemądrzy ludzie dorośli rozmawiają w ten nudny sposób, że jeden z nich mówi, a reszta go słucha, często zaś po wielu godzinach takiego gadania żaden z nich nie wie, czego chciał drugi. Panienki rozmawiają zupełnie inaczej: czterdzieści ich gada równocześnie, a jedna słucha i ta jedna wszystko rozumie. Tym wybornym sposobem Basia dowiedziała się w ciągu godziny o wszystkim, co było, co jest i co będzie: kto się w kim kocha, kto kogo zdradził, kto się z kim gniewa. Okazało się, ze pan Olszowski wyszedł z mody, miejsce jego zajął prawy łącznikowy392, który przyczynił się do zwycięstwa nad „Chelsea”393 w piłce nożnej. Jednakże trzy czwarte klasy oznajmiło Basi wręcz, że jeszcze większym bohaterem jest jej ojciec i że gdyby można było otrzymać jego autograf lub kołnierzyk, dałoby się pogadać, czy nie zrobić mu miejsca w przestronnych sercach, w których pochowano już niesławnie liczną gromadę.

Na zebraniu sześciu przyjaciółek, tych, co to: „na życie i na śmierć, i jeszcze dłużej”, odbyło się prawdziwe powitanie. W szczęśliwym milczeniu pokazano zadrapania po krwawych znakach, wyrytych na pożegnanie. Wymieniono sześćdziesiąt tuzinów pocałunków i uścisków.