— O czym wy tak wciąż gadacie z Basią i z tym pomniejszaczem głów?
— A bo co?
— Nie wykręcaj się, bo ci się nie uda. Dwa razy już byliście u adwokata. Po co?
Pan Olszowski spoważniał.
— Basia — rzekł — oddaje połowę majątku na wychowanie bezdomnych, sierocych dzieci. Sama była sierotą i nie miała domu. Ta złota dziewczyna umie być wdzięczna. Czy babcia ma coś przeciwko temu? Widzę, że nie bardzo, bo babcia ma łzy w oczach.
— Sam masz chyba łzy w oczach, więc kiepsko widzisz! To tak ze starości wilgotnieją mi oczy... Połowę majątku, powiadasz? Nieszczęśliwym dzieciom? Nieźle, nieźle! Powiedz jej... Po co zresztą ty masz mówić, skoro ja jej sama powiem...
— Niech babcia powie na wszelki wypadek.
— Powiedz jej, że gdyby czegoś tam jej zabrakło, to ja dodam...
— O babciu!
— Czemu się drzesz? Dodam, bo mi się tak podoba... Mam tam coś niecoś, bo pochodzę z zamożnej rodziny, w której na szczęście nie było nigdy takiego, który książki pisze... Nie było łapserdaka...