— Doszedłem do wielkiej wprawy — mówił Bzowski, nie zwróciwszy uwagi na nagłą bladość córki. — Teraz napiszę o tym książkę, która wywoła zdumienie. Ja jeden w cywilizowanym świecie mogę to uczynić. A wiesz...

W tej chwili zaśmiał się serdecznie.

— Czemu się tatuś śmieje?

— Śmieję się z siebie samego... Czy wiesz, że gdy pierwszy raz ujrzałem babcię Tańską, uroiło mi się, żeby jej głowę poddać tej wesołej operacji. Coś mnie ciągnęło do tej głowy. Biedna babcia nie wiedziała, co jej grozi!

Tak mu się wydawało to wesołe, że podczas pożegnalnej kolacji u pani Tańskiej przyznał się do swoich straszliwych zamiarów.

— Niech mi droga babcia przebaczy! — dokończył ze śmiechem. — Już mi przeszło.

— To wielka szkoda — odrzekła pani Tańska ku największemu zdumieniu wszystkich. — Wielka szkoda! Na sądzie ostatecznym będzie takie zbiegowisko, że nikt na mnie nie spojrzy, a gdybym się tam zjawiła z malutką główką, zrobiłoby się zamieszanie i cały świat by mnie podziwiał.

Bzowski zamieszkał z Basią i ze swoją nieskurczoną głową wlazł w gorącą robotę. Pracował wytrwale z profesorem Somerem, który, doznawszy wielkiego zaszczytu poznania pani Tańskiej, zapałał ku niej wielką sympatią, słuchając wśród wybuchów śmiechu ponurej przepowiedni o rychłym końcu świata i o szachrajstwie nauki twierdzącej, że Ziemia jest kulista.

Babcia miała jednak ważniejsze zmartwienie.

Ponieważ nie wiedziała o wszystkim, co się dzieje, wpadła raz do pana Olszowskiego.