Nazajutrz odbyło się pożegnanie z Basią i jej ojcem.

Bzowski, uzdrowiony przez ten wstrząs, który w nim poruszył zakrzepłą pamięć ukochanych rzeczy, żył — zdawało się — potrójnym życiem, jak gdyby chciał nadrobić zaniedbanie. Poruszał się gorączkowo, mówił wiele, rwał się do jakiejś ciężkiej pracy. Długo mu nie mówiono o straszliwej tragedii jego żony, aby go nowy ból nie pokonał, lecz on sam w trakcie tajemnej rozmowie z Basią dowiedział się o wszystkim. Odbył z nią pielgrzymkę na grób, którego darni391 z czcią dotknął ustami.

Przez długie godziny Basia opowiadała mu o wszystkim. Z po­czątku nie mógł powiązać zdarzeń i ich kolejność mąciła się w jego umyśle. Powoli jednak uciszyły się rozruszane wody, wszystko stężało i zaczęło się utrwalać. Bzowski napisał dwa wzruszające listy: jeden do Williamsa, który go uratował, drugi do Dimauriaca. Najtrudniej mu było odtworzyć własne dzieje po katastrofie na górskiej ścieżce. Zdarzenia sprzed dziesięciu lat tańczyły przed jego oczami jak kłębiące się mgły, lecz nawet te okruchy opowieści, które wygrzebał z samego dna pamięci, były okropne. Zawędrowawszy na nieludzkie pustkowie, zemdlał z wyczerpania. W jaki sposób znalazł się w brudnej wiosce Indian Jiwaro, tego nie wie. Przypomina sobie gromadę czerwonoskórych, rosłych i silnych, niemal nagich, chociaż nielitościwe góry szczuły na nich nocami zimno jak kąśliwego psa. Wyleczyli go z ran, karmili najuboższą strawą — sami nędzarze — i nauczyli rozmaitych robót. Plótł kapelusze, dźwigał ciężary, opiekował się dziećmi. Nachodziły go takie rozpaczliwe chwile, w których jakieś niejasne wspomnienia snuły się mętnie przed jego zmartwiałymi oczami, lecz wkrótce zapominał o nich, jak zapomniał własnej mowy i wszystkiego, czym napełniona jest dusza ludzka.

— Nauczyłem się poza tym jednej przedziwnej sztuki, znanej jedynie temu zagubionemu w górach plemieniu — mówił, patrząc jak gdyby w dal.

— Jaka to sztuka, tatusiu? — spytała Basia wesoło.

— Zmniejszanie ludzkich głów — odrzekł z powagą.

— Zmniejszanie... głów? — krzyknęła Basia.

— Tak. Ci Indianie umieją przedziwnym sposobem skurczyć głowę zmarłego człowieka do rozmiarów głowy niemowlęcia. Każde europejskie muzeum kupiłoby taką czaszkę płacąc, jakby była ze złota.

— To straszne! — zawołała Basia.

W tej chwili przypomniała sobie ze zgrozą, że ojciec czynił zagadkowe ruchy dokoła głowy babci Tańskiej, jak gdyby ją mierzył.