— Strasznie, strasznie dobrze! — rzekł rozrzewniony Szot, nie zwracając uwagi na to, że babcia sypie bałwanami i idiotami.
— Więc dlaczegóż to pan ucieka? — krzyknęła babcia z wielką pasją.
Nagle jakby osłabła i zaczęła mówić smutno:
— Co ja wam wszystkim zrobiłam, że tak ode mnie uciekacie? Walicki umarł, chyba mnie na złość, moja wnuczka odeszła do tego pismaka387, Basia odchodzi, teraz pan... Czemu to tak?
— Wszyscy odchodzą, bo muszą, ale wszyscy babcię kochamy — rzekł Szot.
— Muszą... Muszą — powtarzała pani Tańska. — Niemądre jest życie, jeśli wszyscy muszą wciąż odchodzić... Trudno... Wreszcie i ja stanę dęba388 i odejdę... Albo nie! Sto lat będę żyła i co mi kto zrobi?
— Niech spróbuje! — krzyknął Szot bohaterskim tenorem389.
Znacznie pocieszyło to panią Tańską, rzekła więc życzliwie:
— Przelewać się u was nie będzie, więc pamiętaj, mandrylu, abyś w każdą niedzielę przychodził na obiad z żoną. Jak dawniej! Przyjdziesz?
Szot nie odpowiadał, tylko całował jej zgrzybiałe390 ręce.