— Niech babcia zabierze się do moich książek!

Pani Tańska spojrzała ponuro.

— Tego się nie doczekasz. W rodzinie musi być ktoś, kto ma wszystkie klepki w porządku.

Swoje niezaspokojone pragnienie, aby zawsze się kimś opiekować, skierowała w stronę małego Tadzia — dorodnego młodziana, syna Olszowskich — z czego wynikały srogie awantury. Babcia uparła się, że chłopaczek jest mizerny, i stanąwszy nad nim jak kat nad skazańcem, wydawała rozkaz:

— Chłopiec musi być głodny. Tadziu, zjedz dwa jajka!

Tadzio bladł na samą myśl o tym, a pani Olszowska wołała:

— Ależ babciu, na nim ubranie pęka...

— Niech pęka, a odżywiać się musi. Ja w jego wieku wypijałam dziesięć jajek na surowo!

Szybko jednak zapominała o wygłodniałym szkielecie (opasłym Tadziu), bo zajęły ją dwa nadzwyczajne zdarzenia: Bzowski wyprowadzał się, a Szot się żenił. Pierwszej katastrofie nie mogła zapobiec, drugą starała się zniweczyć386.

— Bałwan pan jest! — krzyczała podczas niedzielnego obiadu. — Za co się pan będzie żenił? Za aktorskie pieniądze utrzyma pan żonę? Ściany będzie gryzła, nieszczęśliwa kobieta. A zresztą niech gryzie, skoro jest taka głupia, że wychodzi za pana. Ja bym za takiego ananasa jak pan nie wyszła, choćby nas było tylko dwoje na świecie. Wciąż się pan tylko śmieje jak dziedzicznie obciążony idiota. Źle tu panu było?