— Jakiś adres?
— Tak. Tam należy skierować dziecko. Biedna maleńka... Gdzie ona jest?
— W drugim pokoju.
— Co robi?
— Nie rozumie, co się stało... Wciąż pyta o matkę.
— Chodźmy tam do niej — rzekł lekarz bardzo cicho.
Dziewczynka spojrzała na wchodzących, jakby zdziwiona, że wśród nich nie było matki. Siedziała na krześle, odziana3 w niebieski płaszczyk. Spod miękkiej czapeczki wymykały się jasne, krótko przystrzyżone włoski. Gdyby nie sukieneczka, można by mniemać w pierwszej chwili, że to jasnooki, pucołowaty chłopczyk.
Trzech panów, jakby onieśmielonych, zatrzymało się przy drzwiach, które szybko za sobą zamknęli, a lekarz zbliżył się do dziewczynki. Patrzył na nią długo i długo nie przemawiał, jak gdyby słowa nie mogły przecisnąć się przez jego gardło. Wreszcie położył rękę na jej główce i lekko ją pogładził.
— Jak ci na imię, maleńka?
Dziewczynka spojrzała na niego zalękłym wzrokiem i nie odpowiedziała.