— „Warszawę” widzę wyraźnie: „...szawa”.
— Może być także „Nieszawa”70.
— Nie może być, bo ta trajkocząca dama, która wsadziła Basię do pociągu, ogłosiła, że ją wysyła do Warszawy. Trudno było nie słyszeć, bo słychać było w całym pociągu. „Warszawa” nie ulega żadnej wątpliwości. Szukaj ulicy. Długa czy krótka?
— Raczej krótka. Gdyby to była „Aleja Jerozolimska”71, trzeba by na jej zamazanie dwóch litrów mleka, a dziewczynka wylała jedynie szklankę. Poczekaj no! Coś tu świta na tej ulicy. Początku nie widać, bo błoto, ale u wylotu jest nieco czyściej. Mam, jak Pana Boga kocham, mam! Widzisz?
— Mało widzę, ale będę usiłował ci uwierzyć. Czy to długie i chude nie jest przypadkiem literą „l”?
Szot otarł pot z wysilonego czoła, bowiem jego bystry rozum dawał mu znać w ten sposób, że jest u kresu wysiłku. Wpatrzył się drapieżnym wzrokiem w niebieską plamę, w której jak rybki w mętnym jeziorku pływały litery. Oczyścił tekturę pazurkiem i szukał w odmęcie.
— Widzę! — szeptał gorączkowo. — Widzę zarysy kilku liter. I kropkę nad jedną z nich!
— To „i”!
— Genialnie to pomyślałeś, pało zakuta! Nie przeszkadzaj. Jest!
— Co jest? — spytał głucho Walicki.