— O Boże! — jęknął pan Olszowski. — Czy pani oszalała? To dziecko przyprowadzono do mnie przez pomyłkę!

— Czy przez pomyłkę czy nie, tego już ja nie wiem. Ale wiem, że Pan Bóg je tu przyprowadził, aby pan miał weselsze życie. To słońce, a nie dziewczynka! I pan chce ją oddać?

— A cóż ja z nią będę robił?! — krzyknął Pan Olszowski.

— Jeżeli pan jest bez serca, to ją pan wyrzuci na bruk105, a wtedy ręka boska ciężko pana skarze; ale jeżeli ma pan sumienie, to ją pan wychowa.

— Wychowam? Przecież mi ją odbiorą!

— Niech spróbują! — zagrzmiała opasła106 dama tak potężnie, że znakomity autor cofnął się jak przed ryczącym naporem burzy. — Każdy zleci ze schodów na złamaną gębę. O, niech pan patrzy, jak się to do pana tuli, jak ptaszyna — dodała głosem już mniej grzmiącym.

Pan Olszowski, zrozumiawszy, że kamienica przyjęła Basię skwapliwie na swoje kamienne łono, postanowił działać na własną rękę. Zobowiązał dzielną panią Walentową do czułej opieki nad dzieckiem, zleciwszy to samo Michasiowi pod groźbą lania, sam zaś udał się na poszukiwania. Obszedł wszystkie teatry, wszędzie pytając o Walickiego. Owszem, znano go i pan Olszowski przecież powinien go znać — aktora ze swojej sztuki. Zaczął sobie mętnie przypominać, że istotnie widział oblicze, które wedle powszechnego opisu było smutne jak cmentarz o północy. Trzeciego dnia dopiero poznał jego adres i pobiegł tam czym prędzej. Jakiś młodzieniec wyjaśnił mu, że Walicki wyjechał z wędrownym teatrem na Kresy107, a wróci za miesiąc. Pan Olszowski jęknął głucho.

— A jak się miewa Basia? — spytał go nagle blond młodzian.

Znakomity pisarz rzucił się na niego jak tygrys.

— Czyje to dziecko?! — krzyknął.