Szot opowiedział, co wiedział: że to sierotka, znaleziona w pociągu, wysłana z kartką na szyi pod adresem pana Olszowskiego; że biedne dziecko byłoby zginęło, gdyby nie Walicki, który je odprowadził.

— Ależ to jakaś straszna pomyłka! — mówił gorączkowo autor. Ja nie mogę trzymać u siebie tej dziewczynki.

— To sierota... — rzekł cicho Szot.

— Być może, ale co ja mam z tym wspólnego? Czy panowie dobrze odczytali kartkę?

— Adres nie ulega żadnej wątpliwości. Zbadaliśmy to starannie. Ja myślę, że to dobry los obdarzył pana tym ślicznym dzieckiem. Mój przyjaciel Walicki zazdrościł panu serdecznie.

— Tak pan myśli? Pan Walicki mi zazdrości? No to sprawa jest prosta: niech sobie panowie wezmą tę dziewczynkę.

Wesoły pan Szot bardzo spoważniał.

— Panie autorze! — mówił drżącym głosem. — Niech nam pan wierzy, że gdyby istniał chociaż cień możliwości, przygarnęlibyśmy to dziecko obiema rękami. Ale...

— Ale co?

— Ale... — mówił Szot z trudem — Ale... My sami jesteśmy często głodni... A dziecko, przecież chyba pan wie... I to jeszcze takie...