— Przepraszam pana — rzekł autor, nagle wzruszony. — Bardzo serdecznie przepraszam... Widzi pan... Taki nagły kłopot... Więc jestem nieco kwaśny. Dziecko jest rozkoszne! Przyznam się panu, że pokochałem tę kruszynę... A jeśli szukam tych, do których ona należy, to raczej z troski o dziewczynkę. Ja nie umiem sobie dać z nią rady i nie wiem, jak się wychowuje dziecko.

— Ech! — zawołał już weselszy Szot. — Pan wszystko potrafi, pan jest genialnym człowiekiem.

Pisarz zarumienił się lekko.

— Przesada, młodzieńcze, przesada! — rzekł z tajoną radością. — Ale zrobimy tak: ja zatrzymam dziecko u siebie, nie przerywając poszukiwań, gdyż twierdzę z całą pewnością, że w tym wszystkim tkwi jakaś niewytłumaczona pomyłka. Będę szukał powoli i z rozmysłem. Wprawdzie życie moje będzie wywrócone do góry nogami, ale trudno... Pan mówi, że to sierota?

— Wedle wiedzy mego przyjaciela zupełna sierota. Ktoś obcy wsadził ją do wagonu i polecił ludzkiej dobroci. Ostatecznie można byłoby poszukać na tej stacji.

— I tam poszukam. Do widzenia, drogi panie... Jest pan zacnym człowiekiem.

— Pan jest zacniejszym!

— Wobec tego zdaje mi się, że pan dostanie rolę w mojej nowej sztuce — zawołał autor.

— O Boże — rzekł Szot, składając ręce jakby w zachwycie.

Gdy Olszowski wrócił do domu, Basia przyjrzała mu się uważnie i zapytała, nadąsana: