— Gdzie byłeś?
Znakomity autor zaczął jej tłumaczyć długo i szeroko, że chodził po lesie i szukał grzybów.
— Ty coś kłamiesz! — rzekła ona, kręcąc główką. — A gdzie grzyby?
Ponieważ nie mógł znaleźć w kieszeni grzybów, kłamstwo było oczywiste i oto ku swojemu niezmiernemu przerażeniu autor wielu książek mocno się zaczerwienił.
Basia prowadziła „całe gospodarstwo”, więc pan Olszowski, wyszedłszy rano, nie mógł, wróciwszy w południe, poznać swojego domu. To już nie był dom, lecz bigos hultajski: wszystko w nim wędrowało z miejsca na miejsce, każde krzesło łaziło z kąta w kąt, a książki zmieniały miejsce pobytu według uznania dziewczynki. Urwipołeć Michałek nie tylko jej nie przeszkadzał w tym piekielnym zajęciu, lecz znakomicie pomagał. Jego przeraźliwa zuchwałość, zrodzona z uwielbienia dla Basi, doprowadziła do tego, że jednego wieczoru rzekł do swego rodzonego chlebodawcy:
— Mógłby pan trochę wcześniej wracać do domu, bo Basia się gniewa, jak pana długo nie ma...
Pan Olszowski w nagłej furii cisnął w niego trzynastym tomem encyklopedii, ale nie trafił. Nie da się jednak zataić, że nazajutrz wrócił już o zmierzchu i asystował przy układaniu księżniczki Barbary do snu. Ucałowała go mocno, zarzuciwszy rączki na jego szyję, a potem szepnęła mu do ucha:
— Coś ci powiem!
— Co mi powiesz, maleńka?
— Będziemy mówić pacierz.