Pan Olszowski pomyślał, że to mądry pies.

— Przysięgam pani, że ja nie zdradzę! — rzekł z uśmiechem.

— Więc powiem panu... Moja Stasia przepada nie tylko za tym hebesem183 ze zbójecką gębą, ale i za panem!

— Nie może być!

— Może być, a pan poczerwieniał jak rak. Pewnie pan tymi swoimi książkami zawrócił dziewczynie w głowie. Teraz pan rozumie, dlaczego ja boję się je czytać? Miałam dwóch... Nie! O ile sobie przypominam, miałam trzech mężów, tylko mi się trochę rachunek pomieszał... Wystarczy! Czemu się pan śmieje? Mogę jeszcze wyleźć na komodę, mogłabym się machnąć kolejny raz za mąż.

— Niech się babcia machnie! — wykrzyknęła Basia z entuzjazmem.

— Słyszy pan? — śmiała się Tańska. — Bóg przemawia przez usta dziecka. Nie wiedziałam, że ten skarb tu się plącze.

Znakomity pisarz zamyślił się i patrzył w ścianę, jak gdyby działy się na niej niesłychane historie, pani Tańska zaś wpatrywała się w niego z czujną, łapczywą uwagą, jak rybak wpatruje się w spławik wędki: chwyciła ryba czy nie? Pani Tańska bowiem, pierwszorzędny dyplomata, miała swoje tajemne plany. Nikt o nich nie wiedział prócz kucharki, która przy tym ministrze grała rolę tajnego radcy. Była ona słynnym autorytetem w sprawach sercowych. Tępy człowiek, patrząc na świeżą polędwicę, pomyślałby głupio, że to tylko polędwica; w jej oczach przybierała ona kształt cierpiącego, krwawiącego serca, które nieszczęśliwa miłość przywiodła do ostatecznej zguby. Na tajemnych naradach z panią Tańską oświadczyła dobitnie, że prowadzenie dwóch domów dla Basi jest jawnym nonsensem i że panna Stasia powinna wyjść za pana Olszowskiego.

— To nic — mówiła roztropnym szeptem — że pan Olszowski nie ma uczciwego zajęcia i musi pisać książki. Gdyby trochę pochodził i poszukał, pewnie by znalazł jakąś pracę i wtedy by go odeszło to pisanie. Takie czasy, proszę wielmożnej pani, że człowiek czepia się byle czego i musi wymyślać różne figle-migle, a potem staje się pośmiewiskiem. W naszym domu wszyscy go palcami pokazują, a jedna pannica z trzeciego piętra zawsze na schody wybiega, aby go zobaczyć — jak cudaka. Niechby się tak ożenił z naszą panienką, zaraz by się to skończyło. Chłopisko musi być dobre, a wąs ma taki śliczny jak ten sierżant184, którego mi odbiła jedna małpa z ulicy Złotej185.

Babcia także zajmowała lekceważące stanowisko wobec literatury, pan Olszowski jednak bardzo się jej podobał. Nie był też w zamyśle babki do pogardzenia fakt, że na „wyprawnej”186 bieliźnie nie trzeba by zmieniać znaków. Inicjały187 Stasi i pana Olszowskiego były przecież te same. To też dobra wróżba. Dlatego, gdy Basia spędzała czas w jej domu, zapraszała go często, a on skwapliwie korzystał z tych zaproszeń. Gdy pochwalił jakąś potrawę, babcia objaśniała go szeptem: