— Ja skłamałem! — zawołał Jacek, po raz pierwszy w życiu przyłapany na prawdzie.

— Wcale nie skłamałeś — odrzekł nauczyciel. — Chciałeś mnie wywieść w pole49 i dlatego nie skłamałeś.

— Skąd pan o tym wie? — zapytał zdumiony chłopiec.

— Patrzyłem w twoje oczy — odpowiedział, uśmiechając się, nauczyciel.

Jacek z rozpaczą zamknął nagle oczy, bardzo zły. Nauczyciel jednak, wciąż się uśmiechając, pogładził go po głowie, potem ujął jego rozmierzwiony łeb w swoje ręce i długo mu się przyglądał. Potem to samo uczynił z Plackiem.

— Teraz już wiem wszystko — rzekł.

Chłopcy byli bardzo niespokojni, nie wiedząc, co on takiego wie, ale nie mogli niczego zrozumieć. Od tego dnia wciąż chcieli wprowadzić go w błąd i ile razy wywoływał on z ławy Jacka, wtedy umyślnie podnosił się Placek albo czynili to odwrotnie, jednakże nauczyciel patrzył wtedy długo na ich głowy i mówił:

— Nie kłam, moje dziecko, bo ty jesteś Jacek.

Wszyscy bardzo się zdumiewali nad mądrością nauczyciela, bo jak już raz to mówiłem, nikt nie mógł ich od siebie odróżnić. Oni nadaremnie myśleli całymi dniami, jakim cudem on to czyni, i nie mogli tego zrozumieć w żaden sposób. Tak byli zamyśleni, że nawet nie czynili zwyczajnego wrzasku i na czas niejaki ludzie w mieście odetchnęli. Nauczyciel zaś znalazł bardzo prosty sposób odróżnienia tych dwóch urwipołciów: oto kiedy się pilnie przyglądał ich straszliwie uwłosionym głowom, szybko policzył, że Jacek ma na głowie trzysta tysięcy dziewięćset siedemdziesiąt cztery włosy, a Placek ma o sto sześć włosów mniej, bo mu tych sto sześć włosów Jacek wydarł niedawno ze łba, kiedy się pobili o zdechłego kreta. Ten nauczyciel był zaś tak mądry, że wystarczyło, aby tylko spojrzał i szybko policzył włosy, i od razu wiedział, który jest który. Oni zaś nigdy się nie dowiedzieli, jak się to działo, i byli bardzo przygnębieni z tego powodu. Patrzyli jednak na nauczyciela z podziwem, uważając go za wielkiego czarownika. Gdyby bowiem znali prawdę, wydzieraliby sobie codziennie włosy całymi garściami, aby mu pomylić rachunek.

Jednakże uczyć nie chcieli się za żadną cenę, wciąż myśląc podczas nauki tylko o tym, co by gdzie można zdobyć do jedzenia. Dziwnym wzrokiem patrzyli ustawicznie na jednego ze szkolnych kolegów, syna organisty. Chłopiec ten był jedynym tłustym stworzeniem w całym miasteczku, toteż Jacek i Placek patrzyli na niego łakomie, bardzo z tego niezadowoleni, że w Zapiecku nie ma zwyczaju zjadania tłustych chłopców. Syn organisty przeczuwał zapewne, o czym to oni myślą, bo chudł z wielkiego strachu. Zamiast niego zjedli natomiast kredę, gąbkę i wypili atrament z wielkiego kałamarza50 nauczyciela. Chociaż pożarli przedmioty służące do szerzenia mądrości, nie stali się przez to mądrzejsi. Przez cztery lata uczęszczania do szkoły, mimo ciężkich wysiłków mądrego nauczyciela, nauczyli się odmawiać Ojcze nasz, ale w ten sposób, że Jacek umiał od „Ojcze nasz...” do „...jako w niebie, tak i na ziemi”, a Placek od: „Chleba naszego...” aż do... „naszym winowajcom”, za to jednak, kiedy się modlił o chleb powszedni, to tak krzyczał, jakby tysiąc lat nic w ustach nie miał i jakby się bardzo obawiał, że Pan Bóg go inaczej nie usłyszy.