— Sandacze? Jest ich tyle, że woda występuje z brzegów...
— Podtrzymaj mnie, bracie pelikanie, bo zemdleję, choć widzę, że i ty się słaniasz. Ale, ozdobo człowieczeństwa, nic nie mówiłeś mi o tym, czy są tam sumy?
— Jest ich tyle, że ich wąsy przeszkadzają innym rybom w pływaniu.
— To ponad moje siły! — wrzasnął pelikan. — Powiedz mi jeszcze, ozdobo świata, czy wy jadacie ryby?
— Przenigdy! — rzekł Jacek.
— Och, och! — stęknął pelikan z zachwytu. — Byłem w Afryce, przeleciałem lądy i morza, ale nie widziałem takich dobroczyńców jak wy. Więc te wszystkie ryby będą należały do nas?
— Róbcie z nimi, co się wam podoba!
Oba pelikany stęknęły z nadmiernego wzruszenia, potem trąciły się dziobami i zaczęły kręcić się na błocie ze śmiertelną powagą, przymknąwszy oczy i wydąwszy gardziele.
— Co wy wyprawiacie? — zapytał Placek.
— Tańczymy taniec radości, nazywa się on „tańcem zdechłej ryby”.