„Co to będzie — myślał z niepokojem Jacek — kiedy rano się pokaże172, że nie ma żadnej wielkiej wody ani ryb? Och, po co tyle nakłamałem? Zgłodniałe pelikany, nie znalazłszy ryb, zatłuką nas dziobami i pożrą jak dwa karasie. A tu ani uciec, ani nie można wymyślić żadnego podstępu. Och, co to będzie? Co to będzie?”

W tym momencie poczuł, że pelikan nagle zniżył lot i że leci z trudem.

„Coś się w nim popsuło” — pomyślał Jacek z przerażeniem.

Wtedy usłyszał wrzask pelikana:

— Hej tam, szlachetny młodzianie! Musisz mieć jakieś ciężkie zmartwienie i ciężkie myśli, tak że cię nie mogę unieść. Racz myśleć wesoło, bo zlecimy obaj!

„Zginąłem! — pomyślał Jacek. — O czym to ja będę myślał wesołym? Trzeba nam było tego? Źle nam było u matki? Po co uciekaliśmy jak złoczyńcy?”

— Już jest lepiej! — zatrąbił dziwacznym głosem pelikan, wznosząc się w górę.

Jacek się zastanowił.

„Zaledwie — myślał — wspomniałem matkę, jakoś raźniej uczyniło mi się na duszy. Co w tym jest? Czy to słowo ma skrzydła? Więc będę myślał o matce...”

— Już mi nie ciężysz! — zakrzyknął, głowę zadarłszy, pelikan.