A Jacek poczuł, że w tej chwili o niczym innym już myśleć nie zdoła, tylko o matce. Z czerni mroku wyjrzała ku niemu słodka, uśmiechnięta, rzewna twarz matki. Nigdy jej takiej nie widział ani nie wiedział, że jest taka piękna, opromieniona niezmierną dobrocią. Patrzyły w niego oczy wyblakłe, zmęczone, lecz patrzyły z taką miłością, że aż bił od nich blask. Pod nimi zaś, ku dołowi twarzy znaczyły się dwie bruzdy, jakby wyorane; teraz je dopiero zobaczył i zadrżał, bo zrozumiał, że są to drogi, którymi toczą się łzy. Coś go zabolało w sercu: napłynęła w nie gorąca fala krwi i musiało ono zmięknąć, owiane nagłym gorącem wspomnienia, lodowate dotąd i zmrożone. Nigdy nie myślał o matce tam, na nizinach, a jeśli niedawno jeszcze przyleciała ku niemu myśl o niej, jak przylata173 motyl, zabijał ją jak lekkoskrzydłego motyla. Teraz dopiero po raz pierwszy tu, na niezmiernych wysokościach, oplątały go te myśli, wśród chmur ponad ziemią. Pomyślał, że matka wypełnia cały świat i całe niebo, bo skąd by inaczej zjawiło się na tych chmurach srebrne widmo matczynej twarzy? Jacek poczuł, że wiatr odrywa mu z serca lęk jak zeschłe liście i niesie przez przestworza, a w miejsce lęku napływa ufność i jakaś słodycz. Niczego nie rozumiał, bo nie umiał rozmyślać poważnie. Nie umiał znaleźć przyczyny tego rzewnego uczucia, pojął tylko, że myśl o matce nie tylko że nie jest przykra, lecz czyni jakieś cudy.
Posłyszał obok szum skrzydeł i usłyszał głos:
— Jacku! Mój ptak słabnie... Boję się!
— Pomyśl o matce! — krzyknął w tę stronę.
Był szczerze uszczęśliwiony, że mógł poratować brata tą dziwną radą.
Była już zupełna noc. Pelikan leciał nieumęczenie, płynąc jak biały okręt przez burzliwe morze ciemności, kierując się tajemną mądrością ptaków, tak jak żeglarze nieomylną busolą174. Zapamiętał się w locie i podbierał pod skrzydła wiatr, jęczący i świszczący. Wzmagał się on z każdą chwilą i przybierał na sile. On to, widać, zdmuchnął gwiazdy jak pełgające175 płomyki oliwnych lampek, bo świat zaległa ciemność nieprzebita, ciężka i smutna. Stał się on otchłanią bez dna i granic, tak straszliwą, jaką czasem jest boleść człowieczego serca.
Nagle gdzieś z dali począł się toczyć głos, coraz większy i straszliwszy, jak pełne gniewu warczenie, co się wzmaga i wzmaga, aż się zmieniło w niezmierną górę, co się zwaliła z rykiem na cały świat. To lew burzy, śpiący gdzieś na pustyni nieba, na oazie kłębiastych chmur, obudził się i głosem grzmotu oznajmił struchlałemu światu, że za chwilę rozpocznie łowy i będzie zabijał piorunem. Łomot straszliwego ryku uderzył w chmury, co skłębione z trwogi, poczęły się przewalać w czarnym tłumie jak potworne owce, gonione tym głosem na oślep.
Jacek poczuł, że ptak drgnął i zawahał się na skrzydłach, potem, jakby zebrawszy siły, cisnął się w odmęt powietrza rozpaczliwym lotem.
„Idzie burza!” — pomyślał Jacek zalęknioną i bladą myślą.
Lew niebieski, nabrzmiały gniewem, ochrypły, od głodu niecierpliwy, ryknął po raz drugi czarną gardzielą, aby trwogą porazić świat. Pędził po otchłani chmur, przeskakując w grzmiących susach z jednej na drugą, bo słychać go było coraz bliżej. Wiatr począł skomleć z przestrachu jak pies, co lwa posłyszy, i uciekał z głośnym lamentem od chmur ku przerażonej ziemi. Niebo niezmierne napełniło się grzmotem głosu, co dudnił pod jego sklepieniem; kiedy zaś zwierz burzliwy ryknął raz jeszcze, musiało pęknąć to czarne sklepienie i rozdarło się od wschodu na zachód niezmierną, wijącą się jak wąż rysą, przez którą uderzyły oślepiające blaskiem ognie niebieskie. Na jeden moment cały świat stanął w płomieniach i stało się widno. Jacek ujrzał przerażonym okiem niezmierne odmęty, zbałwanione morze chmur przewalających się przez siebie w popłochu, a w oddali jak biały liść, z którym igra burza, ujrzał pelikana, na którym leciał Placek.