Rozpętała się straszliwa nawałnica: burza grzmiała, jakby ktoś strzelał nieustannie z tysiąca tysięcy armat, wzniecając na niebie pożary, bo raz w raz stawało całe w ogniu i gasło; pioruny, rycząc, goniły się po czarnych odmętach i plątały się czasem tak jak złote żmije. Szał walki opętał wszystko, bo chmury, dopadłszy się w zawrotnym wirze, otwierały się i ciskały w siebie białym, oślepiającym pożarem: jedna drugiej orała piersi rozpalonym do białości grotem pioruna i toczyła z niej purpurową krew ognia. Jęk i głębokie szlochanie napełniły przestworze, aż niebo pobite wojną żywiołów, stratowane cwałowaniem piorunów, oślepione błyskawicami aż do śmiertelnego bólu, zwisło ku ziemi w zrozpaczonej bezsile i zaczęło płakać deszczem łez, rzęsistym i niepowstrzymanym.

Jacek czuł, że jego ptak, jak on bity ulewą, coraz bardziej zniża się ku ziemi, którą widział w rozelśnieniu błyskawic, jakby przyczajoną i wtuloną w siebie, żałośnie rozszumianą i jakby załamującą rozpaczliwie ręce drzew ponad głową. Burza pragnąca ruszyć ziemię z posad pewnie nie raczyła nawet spojrzeć rozżarzonymi źrenicami błyskawic na tych dziwacznych wędrowców, jeśli dotąd nie zabiła ich jednym oddechem albo biczami dżdżu. Mogło się to stać jednakże każdej chwili, jeśli ich dojrzy. Zarechoce wtedy ogromnym śmiechem na ich widok, tchnieniem podrzuci pod niebo, a potem dla igraszki praśnie176 nimi o ziemię i zamieni w proch. Wiedział o tym i Jacek, i Placek. Więc pierwszy raz w życiu, jeden nie wiedząc, że drugi czyni to samo, zaczęli się modlić, i to modlić żarliwie. Jacek odmawiał Ojcze nasz aż do miejsca, do którego umiał, a potem ze wstydu, z oczyma pełnymi łez, które same się w nich zjawiły, dodał bezgłośnie:

— Nie umiem dalej... O, matko moja, dokończ za mnie.

A Placek, niesiony opodal wichrem, modlił się i mówił:

— Zacznij za mnie, o matko, a ja nieszczęsny dokończę.

Pelikany, równie przerażone jak oni, niosły ich ostatkiem sił. Krótki jest jednak gniew wspaniałych żywiołów, więc kiedy już się zdawało, że śmierć nieuchronna idzie od chmur na ptaki i na chłopców, burza zelżała i potoczyła się gdzieś w nocne przepaście na dudniącym wozie, który koła ma z grzmotów, a błyskawice jako konie. Ukazało się czyste niebo, zamigotały gwiazdy, blade jeszcze z zalęku177, ale przeczyste, jak gdyby obmyte w burzy. Wypłynęła złota łódź księżyca: na struchlałą ziemię spłynęło ukojenie.

Ptakom przybyło sił, a chłopcom otuchy. Zbywszy lęku, szybko zapomnieli o strasznych chwilach, o rzewności w sercach i o skrusze, co odmawiała modlitwę. Zdawało im się jeszcze przez chwilę, że wśród odlatujących obłoków, które już księżyc osrebrzył, odlatuje na srebrnych smugach jakieś cudowne widmo, ale wkrótce przestali o nim myśleć. Już byli bezpieczni i lecieli w powietrzu pachnącym, bo od ziemi, dymiącej jak kadzielnica178, biły aż ku nim rozkoszne wonie.

Lecieli tak przez miesięczną noc jak duchy. Jacek dojrzał czasem, jak Placek szybuje z jego prawej strony i pozdrawia go ręką. Księżyc, który wiele widział, patrzył po raz pierwszy ze zdumieniem na dwa śmieszne ptaki, którym wyrosły garby w postaci dwóch chłopców.

Pelikan Jacka, zadarłszy głowę, wrzasnął:

— Czy daleko jeszcze?