— O, nie! — odkrzyknął Jacek. — Już widać wodę.
Daleko, na widnokręgu, rozlały się jakieś srebrne wody szerokim kręgiem dokoła ziemi. Jacek wiedział, że to świt, co mgłami oddycha, podnosi się z dalekich głębin i rzuca różnokolorowe kwiaty na drogi, którymi za niewiele chwil słońce będzie się pięło na kryształową górę nieba; z daleka wyglądało to jak wielkie wody, co grają tęczowymi kolorami. Z prawej strony tryskała już w niezmiernej oddali fontanna promieni bijących ze słonecznego źródła.
„Teraz będzie awantura! — pomyślał Jacek. — Jak by tu zwiać?”
Spojrzał w dół i poczuł mrówki na ciele. Zełgać było łatwo, ale jak się teraz z tego wywikłać? Nie będą przecie lecieć tak do skończenia świata, a ryby nie wyrosną na drzewach. Najgorsze było, że pelikany w kwestii rybnej okazały dziwną drażliwość i wrażliwość, więc trudno byłoby im wytłumaczyć, że kamienie są rybami.
Słońce już się podniosło, obmywszy swoją złotą twarz w kryształowych rosach. Chłopcy wytężali wzrok, wypatrując ziemi jak majtkowie179 Krzysztofa Kolumba180. Oni mieli ziemi dość, szukali natomiast wody.
Kiedy się tego najmniej spodziewali, oba pelikany, niedaleko siebie lecące, zatrąbiły nagle podniesionym wrzaskiem:
— Ryby! Ryby!
— Gdzie widzicie ryby?
— Jeszcze ich nie widzimy, ale czujemy ich woń. Ryby! Ryby!
Po chwili przyspieszyły lot, a chłopcy ujrzeli w oddali jakby leżące na ziemi zwierciadło.