— Nie wiem, Placku drogi, czy Pan Bóg wysłucha takiej modlitwy... Może dlatego dzieje się nam tak źle, że jej nie umiemy. Zróbmy tak: ja ciebie nauczę początku, a ty mnie naucz jej końca.

— Dawno już o tym myślałem — szepnął Placek.

— Powtarzaj więc za mną: Ojcze nasz, któryś jest w niebie.

— Ojcze nasz, któryś jest w niebie — powtarzał ze wzruszeniem Placek.

Potwór rzęził obok w ciężkim śnie, a oni uczyli się długo w noc modlitwy.

Tak mijały dzień za dniem, noc za nocą, a znikąd nie było pomocy ani nadziei na pomoc. Czasem chłopcy, snując się po kamienisku w niekończącym się trudzie, usłyszeli na niebie ptasie głosy: leciały żurawie, dzikie gęsi i łabędzie. Wtedy podnosili głowy i wypatrywali roziskrzonym nagle wzrokiem, czy gdzieś ponad chmurami nie ujrzą swoich przyjaciół pelikanów. Nie mogli jednak patrzeć długo, gdyż wtedy spadał na nich bicz potwora, który wrzeszczał:

— Pracować, włóczędzy, a nie gapić się na niebo!

Tak przeszło pięć lat, czarnych, ponurych, opłakanych pięć lat. Liczyli je chłopcy po porach roku, a mierzyli je rozpaczą, która doszła już do kresu. Nic jednak nie zapowiadało, aby się ich męczarnie miały skończyć kiedykolwiek. Widać ciężkie były ich winy, jeśli tak sroga była kara. Wyrośli w tej nędzy, ale przestali być podobni do ludzi. Modlili się tylko częściej i serdeczniej, bo im to wielką przynosiło ulgę. Zauważyli też, że ile razy modlą się w pobliżu czarownika, tyle razy opada go jakiś niewytłumaczony niepokój: rzucał się we śnie i wił się jak wąż, a wtedy się dopiero uciszał, kiedy oni wyrzekli: amen. Widać, że był w spółce z diabłem.

Kiedy chłopcy znieśli już tyle kamieni, że więcej ich nie mogło się zmieścić w podwórcu, wtedy potwór zakrzyknął:

— Z tych kamieni zbudujemy wieżę, z której ja będę rządził światem.