Jakby w nagłym obłędzie chwycił olbrzymią łopatę i zaczął nią drzeć ziemię, aby wykopać doły pod fundamenty, wiedząc o tym, że trzeba by wielu lat, zanim by tej pracy mogli podołać jego wynędzniali niewolnicy. Podczas tego kopania dopadł ropuchy kryjącej się w jakiejś norze, którą z krzykiem pożarł na surowo.
— Teraz wy będziecie budowali wieżę! — wrzasnął takim głosem, jakim huczy czasem młyn.
Znowu rozpoczęła się praca niezmierna. Ci, którzy uciekli z domu, nie chcąc się trudzić naprawą przeciekającego dachu, budowali teraz wieżę, dźwigając głazy i piętrząc je jeden na drugim. Spajali je własnymi łzami i własną krwią, która im często ciekła z palców. Czasem źle umocowany głaz toczył się w dół z powrotem i ranił im nogi, czasem się rozpryskiwał i zasypywał oczy żrącym miałem.
Kiedy dwa lata przeminęły, wieża sterczała już tak wysoko, że potwór pozwalał im spać na jej szczycie, w załomie głazów, wiedząc, że uciec stamtąd nie mogą. Wielka to była dla nich pociecha, gdyż widzieli gwiazdy i mogli patrzeć w sine, mroczne oddale.
A kiedy znów przeminęły trzy lata, wieża była już bardzo wysoka i już brakło głazów do jej budowy; otoczyli więc jej szczyt kamiennym zrębem, obręczą zębiastą, taką, jaką widzieli na zamku złotych ludzi.
Potwór wyszedłszy na szczyt, skąd widok był ogromny, uradował się chrapliwie i zacharczał:
— Ta robota już skończona! Jutro wynajdziemy inną, a teraz zawiesimy na wieży mój znak, aby wszyscy widzieli z daleka, że tu mieszka pan tych ziem i lasów. Hej, żono, córko, ciotko, przynieście chorągiew!
Chłopcy patrzyli bezbarwnym, tępym wzrokiem, jak dwie straszne kobiety przyniosły ogromną, brudną płachtę, na której czerwoną farbą, przypominającą krew, były wymalowane dziwaczne, kabalistyczne191 znaki, których nikt by nie umiał odczytać, tylko wtajemniczony.
Cień żony przywionął za córką i ciotką.
Potwór patrząc jednym okiem przed siebie w niezmierne dale, a drugim w tył na swoją rodzinę, radował się: