— O, dzięki Ci, Boże!

— Co chcesz uczynić?

— Jeszcze chwilę, jeszcze chwilę... Serce mi tak bije, że się boję, aby go potwór nie usłyszał... Już wieczór... Patrz, księżyc wschodzi nad lasem... Byle tylko wicher dął, byle tylko wicher dął!

Przytulili się do siebie, nasłuchując. Na dole wszystko ucichło, a na górze wiatr wciąż się wzmagał.

— Módlmy się... — rzekł Jacek.

Uklękli na kamieniach i modlili się gorąco.

— A teraz — mówił szybko Jacek — albo śmierć, albo wybawienie.

Zaczął szeptać i tłumaczyć coś bratu. Chwilę potem ostrożnie wyjęli z osady kij z chorągwianą płachtą i odwiązali ją drżącymi od wzruszenia rękami; do jej czterech rogów uwiązali sznury, którymi była przymocowana do kija, i sami się nimi opasali dookoła.

— Boję się — szepnął Placek.

— Lataliśmy już na pelikanach! — rzekł Jacek.