— Usiądźcie — mówił głos. — Chciałbym was ugościć, ale nie wiem, co się stało z moją liczną służbą. Dawno już jej nie widziałem. Możecie się jednak sami pożywić, jeśli taka wasza wola: w ogrodzie jest wiele owoców i wiele zwierzyny. Ja mogę ją łatwo łowić gołymi rękami, idąc ku niej pod wiatr, bo mnie nie widzi. Jeśli chcecie pokrzepić siły winem, znajdziecie go jeszcze wiele w piwnicy. O, młodzieńcy! Zostańcie ze mną czas niejaki, uczyńcie mi tę łaskę niezmierną. Jesteście dziwnie podobni. Skąd macie we wzroku tyle powagi? Wyglądacie tak, jakbyście mieli po osiemnaście lat, a ból wasz wygląda starzej.
— Wycierpieliśmy wiele! — rzekł Jacek.
— I ja wycierpiałem niemało, i ja jestem młodzieńcem takim jak wy.
— Myśleliśmy — rzekł Placek — że słyszymy głos starca.
— O, nie — ozwał się Niewidzialny. — Jestem w pełni sił. Miałem lat dwadzieścia, kiedy postradałem moje ciało.
— Jak to się mogło stać? — zapytał Jacek.
— Usiądźcie, a powiem wam wszystko o tym przeraźliwym nieszczęściu, jakiego chyba jeszcze nikt nie doznał.
Oni usiedli na czarnym, dębowym, rozłożystym krześle, patrząc pilnie w tę stronę, skąd głos przylatał: zapewne i „on” usiadł, bo drugie krzesło poruszyło się samo.
— Nie pamiętam już, ile to lat temu — mówił znużony głos — może osiemdziesiąt, a może nawet sto, pałac ten był rojny i strojny. Odbywało się tu wiele uczt, festynów i turniejów, a ja, młody i szczęśliwy, przewodziłem zabawom w pałacu i łowom w moich kniejach195. Jestem bliskim krewnym naszego miłościwego króla, panem bogatym i dostojnym. Wtedy postanowiłem znaleźć sobie żonę i wybrałem księżniczkę piękną i uroczą, którą miłowałem bardzo. Jednak ona odrzuciła wszystkie moje dary i moją miłość, przenosząc nade mnie jedno książątko, niezmiernie bogate, nie wiedząc, że jest to człowiek bez czci i sumienia, co wyciska z poddanych ostatnią kroplę potu, a nawet ich gorzki chleb zamienia na złoto. Opętała go tak przeraźliwa żądza skarbów, że się pławił w złocie i pożądał go coraz namiętniej. Oby go spotkała ciężka kara za te łzy i nieszczęścia, których był sprawcą...
— O Boże! — zakrzyknął Jacek.