— Już go spotkała ta kara — rzekł Placek.

— Jak możesz o tym wiedzieć, młodzieńcze? — zapytał głos.

— W naszej wędrówce przez dalekie ziemie — mówił Placek — omal nie padliśmy śmiercią z rąk księcia złotych ludzi. Mieszka on wśród niezmiernych skarbów, tknięty na rozumie, i pożera złoto.

— To on! — zakrzyknął głos. — Pobiła go mściwa krzywda ludzka.

— Czy to on jest sprawcą i twego nieszczęścia?

— Nie — mówił głos — ja sam sprowadziłem je na moją głowę. Słuchajcie tylko! Kiedy się przekonałem, że mojej umiłowanej damie grozi wielkie niebezpieczeństwo, gdyż złoty książę miał zamiar, obrabowawszy ją ze skarbów, zabić po ślubie, postanowiłem przedtem zabić jego. Nie mogłem jednak tego uczynić w żaden sposób: wyzwałem go na walkę, ale mi nie stanął, unikał mnie tchórzliwie i ukrywał się na swoim zamku wśród skarbów, tak że nikt nie miał do niego dostępu. Gniew i wściekłość kąsały moje młode serce, na domiar wszystkiego napadał on z czeredą196 swoich strasznych i na wszystko gotowych sług na moje włości, zabijał ludzi i niszczył wszystko ogniem i mieczem. Wtedy, zapamiętawszy się w złości, postanowiłem go zgładzić za wszelką cenę. Zasłyszałem o jednym czarowniku, co na wszystko miał sposoby, i kazałem go wołać. Naznaczył mi spotkanie o północy w ciemnym lesie, lecz mimo gęstych mroków i mimo tego, że moje serce nie zna trwogi, zadrżałem, ujrzawszy maszkarę piekielną, co miała po dziesięć palców u rąk, jedno oko na czole, a drugie na tyle głowy.

— Matko Najświętsza! — krzyknął Placek. — My jego znamy.

Głos jęknął.

— Jak... jak to... może być?...

— Byliśmy u niego przez dziesięć lat w niewoli!