— Niezbadane są wyroki boskie — mówił głos z niezmiernym wzruszeniem. — Ja go szukam może osiemdziesiąt, może sto lat. I wy wiecie, gdzie go można znaleźć?
— Wiemy, panie, ale niech cię Bóg przed nim strzeże! Powiedz, powiedz czym prędzej, co ci się z nim zdarzyło?...
— Och, serce mi bije... Zaraz, zaraz... Zdarzyła się rzecz straszliwa. Za wielkie skarby dał mi on czarodziejską maść, którą miałem się natrzeć, aby się stać niewidzialny. Łatwo by mi było wtedy dotrzeć do złotego księcia i zabić go. Dał mi też za sto pereł zaklęcie, wypisane na brzozowej korze, które trzeba było następnie przyłożyć do serca, aby z powrotem odzyskać ciało.
— Straszne, straszne rzeczy! — szepnął Jacek.
— Najstraszniejsze rzeczy zdarzyły się dopiero potem. Wróciłem do pałacu, natarłem się maścią i moje ciało zniknęło. Przeglądałem się w zwierciadle i nie ujrzałem już siebie. Moja radość była wielka, a moja zemsta zapłonęła żywym ogniem. Zaklęcie na brzozowej korze ukryłem w tej sali, w której teraz tu siedzimy, i wziąwszy sztylet, poszedłem do zamku złotego księcia. Łatwo się tam dostałem, nikt mnie nie widział, ale zwietrzyły mnie jego psy. Ich ujadanie zwróciło uwagę wszystkich, więc zaczęli patrzeć zdumieni na mój nóż, który jakoby sam wędrował w powietrzu: pachołkowie197, chcąc schwytać nóż, dotknęli mojej ręki i wszystko się wydało, ponieważ osaczony począłem złorzeczyć i ciskać klątwy na jego głowę. Książę śmiał się do rozpuku i rzekł:
„Zanim ty tu przyszedłeś, przyszedł do mnie ten czarownik, co cię tej sztuki nauczył, i sprzedał mi twoją tajemnicę. Ha! Ha! A kiedy ty tu wędrowałeś piechotą, aby nie zdumiał nikogo widok konia, co bieży bez jeźdźca, ja posłałem konnych do twojego pałacu, aby cisnęli w ogień zaklęcie na brzozowej korze”.
„Kłamiesz! — zawołałem. — Nikt nie wie, gdzie je ukryłem!”
Serce we mnie zamarło, kiedy on zawołał:
„Czarownik mi wskazał miejsce!”.
Wtedy krzyknąłem: