Księżyc, który już oczy przymykał, otwarł je jednak ze zdumienia, chcąc poznać, co się dzieje w całej naturze i skąd to nagłe milczenie. Wtedy zrozumiał... Za późno! Za późno! Już był do połowy zanurzony w wodzie i swoim złotym ciężarem spadał w nią nieuchronnie. Drgnął i jakby się chciał dźwignąć... Na jego dobrej, poczciwej twarzy odbiło się przerażenie, jednak w tym momencie zamknął się nad nim sak, a chłopcy spotniali z nadmiernego wzruszenia, oparłszy kije na ramionach, z wielkim trudem dźwignęli go z wody i wyszli na brzeg z najdziwniejszą złotą rybą, jaką kto kiedykolwiek złowił na tym świecie.
Coś strasznego stało się w tej chwili, bo zdawało się, że padł na ziemię jakiś niezmierny smutek i przygnębienie. Zbudził się wiatr i pognał, wykrzykując straszliwą nowinę, że ukradziono księżyc. Usłyszawszy to, drzewa załamały ręce i uderzyły w wielki, rozgłośny płacz. Wody wydęły się gniewem i rozpaczą. Ptaki, odurzone snem, kwiliły żałośnie. Gwiazdy przybladły z trwogi i płakały złotymi łzami. Ludzie, którzy jeszcze nie spali, zadrżeli w sercach.
Ozwał się tylko jeden radosny głos, ale przykry i niepokojący.
— Ha! Ha! Ha! — zaśmiał się ktoś ohydnym śmiechem. — Nareszcie będzie mrok, mrok, mrok. Nie trzeba nam światła wśród nocy! Ha! Ha! Ha!
Był to puszczyk.
A po chłopcach przeszedł dreszcz.
Poczuli w głębi dusz, że się za ich sprawą stało coś niegodnego. Zdawało im się, że zabierają na swoją własność rzecz niczyją, nikomu niepotrzebną, złote cacko, a usłyszeli dookoła siebie żałosny płacz całej przyrody. Przerazili się swojego czynu. Takie mieli wrażenie, jak gdyby ukradli poświęcony przedmiot z kościoła albo jakby zdjęli wieczną lampę złocistą, co świeciła w niezmiernej świątyni świata przed ołtarzem usianym gwiazdami.
Siedzieli w mroku i mieli struchlałe serca. Obok nich, owinięty płachtą, leżał uwięziony złoty ptak nieba, lampa świata, włodarz200 gwiazd, cudo tajemnicze, dobrotliwy, łaskawy, cichy księżyc. Przez przędziwo201 zmoczonej płachty siał się blask taki, jak świetlista mgła, bo ukradzione z niebiosów światło można splugawić i sponiewierać, ale nie można go zadławić, aby zgasło.
Noc była ciemniejsza niż zwykle i pełna szumnych niepokojów, które dopiero dzień uciszył.
Wraz ze wschodem słońca chłopcy nabrali odwagi; księżyc, widać, spał spokojnie i zapewne zamknął oczy, bo dzień był promienny.