— To nic... Będziemy bogaci, Placku!
Księżyc spojrzał z bliska poczciwym wzrokiem na ziemię; zaszumiały jakby na przywitanie drzewa, zaszemrała woda, dotknięta złotą pieszczotą miesięcznego światła, wodne ptaki zakrzyknęły swoje senne pozdrowienia, słysząc to, żaby zapragnęły być najważniejsze i o trzy tony podniosły swoje trajkotanie. Księżyc jak pan dobry i łaskawy, co powraca z dalekiej podróży, uśmiechał się mile, w uśmiech zamieniwszy całą swoją szeroką twarz.
— Uśmiecha się — szepnął Placek.
— Nie widzi nas — rzekł Jacek. — Zniża się ku tej zatoczce, gdzie rosną wierzby. Prędzej, prędzej!...
Jak dwa duchy i jak dwa srebrne cienie, pochyleni, sunęli przez bujne trawy kocimi ruchami.
Księżyc jak ptak, co waży się na skrzydłach, nim zapadnie na wody, chwiał się nisko, mądrymi, dobrymi oczyma patrzył w dal, jakby mu żal było, że za chwilę wszystko na świecie, co teraz za jego sprawą jest złote, poszarzeje i otuli się w mroku. Nie widział więc, że w tym miejscu, w którym co nocy zapadał w wodę na odpoczynek, dwa cienie rozpostarły ogromną płachtę, zawieszoną na dwóch kijach; na poły zanurzyli ją w wodzie, jak sak, i czekali nieruchomo, stężali w oczekiwaniu. Cienie stały po pas w wodzie, tak że w migotliwym świetle mogły udawać zarysy dwóch wierzbowych pni. Ujrzały je żaby i zrozumiawszy w bystrym rozumie, że tu się gotuje jakaś niesłychana nieprawość, zamilkły na chwilę ze zdumienia, nagle jednak podniosły taki rwetes, krzyk i lament, jak gdyby cały świat zapadał się w przepaść. Każda wykrzykiwała ostrzeżenie, lecz w złączonym, straszliwym zgiełku nie można było dosłuchać się żadnego rozumnego sensu.
— Przeklęte żaby! — szepnął Jacek.
— Już... Już... — szepnął Placek.
Księżyc, słuchając żabiego hałasu, uśmiechał się pobłażliwie i dotknął wody brzegiem swojego złotego kręgu.
Nagle ucichło wszystko dookoła, jakby z przerażenia: przestały szumieć drzewa, zamarł szept wody.