— A czemu po nim tak płaczą?

— Może dlatego, że był bardzo ładny?... Ale to trudno! Jesteśmy biedni i chcemy być bogaci.

— Tak, ale...

— Przestań, bo sprowadzisz na nas nieszczęście!

Zaczął gorączkowo przywiązywać płachtę do kija, po czym schwycił jeden koniec, a drugi kazał chwycić Plackowi.

— Na ramiona! — zawołał.

Kij aż się wygiął pod ciężarem, oni zaś poczęli iść z wielkim trudem.

— Nie wiedziałem, że złoto jest tak ciężkie — westchnął Placek. — W którą idziemy stronę?

— Okrężną drogą wciąż na wschód, bo stamtąd zaczęła się nasza wędrówka.

W utrudzeniu szli przez cały dzień, często odpoczywając. Na popasach202 ostrożnie zaglądali do wnętrza płachty i cieszyli się złotym blaskiem, który w słonecznym świetle jak gdyby nieco przygasł i zbladnął, wieczorem zaś układali swój ciężar pod drzewem i nakrywali go mchami i liśćmi, nie mogąc znieść widoku tej świetlistej aureoli, która promieniała z dziwnego tobołu. Ze zdziwieniem dowiadywali się, że wieść o kradzieży księżyca biegła przed nimi, bowiem zaraz po nastaniu wieczoru zaczynał się płacz drzew i rzewne narzekanie wód. Tego zaś nie wiedzieli, że na całej ziemi płakano nad stratą księżyca. Najserdeczniej lamentowali poeci, którzy pisali najpiękniejsze wiersze wtedy, kiedy on się do nich dobrotliwie uśmiechał lub kiedy wędrował nad wodą i odbijał się w toni, prześliczny i czarowny. Płakali wędrowcy, którym oświecał drogi. Płakali pastuszkowie, którzy nocą paśli konie. I żeglarze płakali, bo zagasnął na morzach złotem wyścielany gościniec. Płakali biedni, którzy wywodzili przed nim swoje żale, wiedząc, że pocieszy ich pieszczotą promienistą i zajrzy w znękane serca.