Gdyby chłopcy o tym wiedzieli, może byliby rozwiązali płachtę i wyjąwszy księżyc, troskliwie wrzuciliby go w toń wody, aby nazajutrz ukazał się na niebie. Nie słyszeli jednak płaczu całej ziemi, a nie chcieli słyszeć smętnego żalu drzew i wód. Chcieli być bogaci.

Duma ich upoiła, że do nieszczęsnego Zapiecka powrócą ozłoceni i strojni, chcieli też znaleźć się tam jak najprędzej. Dźwigali przeto swój złoty ciężar, uginając się pod nim. Szli i szli z twardym uporem, czujnie strzegąc swojego skarbu; zawsze pilnował go jeden z nich, kiedy drugi szedł na poszukiwanie pożywienia.

Po kilku dniach zdawało im się, że weszli w zaludniony kraj.

— Trzeba się będzie mieć na baczności — rzekł Jacek. — Gdyby nas kto zapytał, co niesiemy, powiemy, że kamień, bardzo ciężki kamień do młyna.

— Ciężki? — rzekł Placek. — Czy nie zauważyłeś, że od niejakiego czasu księżyc stał się jakoś lżejszy?

— I mnie się tak zdawało... Myślę jednak, że już przywykliśmy do ciężaru i stąd pochodzi to uczucie.

— Mnie się jednak zdaje, że coś się z tym księżycem wyprawia.

Jacek spojrzał na niego zaniepokojony.

— Co się może wyprawiać? Zresztą trzeba zobaczyć.

Rozchylił płachtę i spojrzawszy, wykrzyknął.