— Co się stało — pytał Placek — czy uciekł?
— Nie! Nie uciekł, ale... ale... została z niego tylko połowa! Spojrzyj!
Placek spojrzał i jego zdumienie nie miało granic.
— To są jakieś czary! Może pękł na dwie części, a my zgubiliśmy jedną?
— To niepodobna! Jeden z nas szedł zawsze w tyle i byłby musiał to zobaczyć. Placku, ja myślę, że on... że on... umiera!
— Czy księżyc może umrzeć?
— Widać może. Na niebie nie zawsze jest okrągły i cały.
— Tak, tak... Co robić?
— Musimy biec pośpiesznie, aby sprzedać choć jego połowę. Będziemy iść dniem i nocą, zanim nie dotrzemy do ludzi. W drogę!
Gnała ich jakaś zabobonna trwoga, bo poznali, że jakieś siły nieznane i tajemnicze, bez przemocy i gwałtu, nie chcą im pozwolić na spełnienie świętokradztwa. Pot lał się z nich strumieniami, ranili stopy o ciernie, mieli odparzone ramiona.