— Znowu jest lżejszy! — wołał Placek.
— I znowu jest mniejszy! — wołał Jacek, przeplatając słowa łzami. — Prędzej, prędzej!
Już im brakło sił, ale mieli coraz mniejszy ciężar na ramionach. Minęło znów kilka dni, kiedy bez tchu prawie legli pod drzewem, a Jacek z trwogą zajrzał do płachty.
— Nieszczęście! — krzyknął. — Z księżyca został tylko złoty rogalik! Jednak jeszcze wiele pieniędzy dostaniemy za niego, jeśli dojdziemy do miasta.
Nazajutrz gorejącymi oczyma ujrzeli w sinej oddali wieże jakiegoś wielkiego miasta.
— Pod wieczór tam będziemy — rzekł Jacek — i może nam się opłaci nasz ciężki trud.
— Bogdajby tak było! — odpowiedział Placek, który szedł w tyle. — Ale spojrzyj tylko, co to się dzieje z płachtą.
Jacek przystanąwszy, szybko się odwrócił.
— Co się dzieje?
— Wiatr nią targa...