— Przekleństwo! — krzyknął Jacek. — Zobaczymy, czy w niej jest co jeszcze?

Rozgarnął płachtę i oniemiał: płachta była pusta. Pozostało w niej trochę złocistej mgły, którą wiatr w tej chwili ozłocił sobie skrzydła i odleciał uradowany.

Chłopcy usiedli na trawie i patrzyli na siebie zdumieni.

— To są jakieś przeraźliwe czary — rzekł Jacek z oczyma pełnymi łez. — Po co namęczyliśmy się tak okrutnie?

— Jak on mógł zniknąć? — pytał Placek sam siebie.

— Jak on mógł zniknąć?

— To chyba ta zaklęta płachta temu winna! — krzyknął Jacek, po czym, porwawszy ją w wielkim gniewie, podbiegł ku rzeczce, co niedaleko płynęła, i cisnął ją w wodę.

Nie słyszał, że woda aż zaszemrała z wielkiej radości.

Siedzieli osowiali i zgryzieni: osłabli z nadmiernego zmęczenia, nie mieli na nic ochoty, nie chciało im się ani jeść, ani pić. Przesiedzieli tak przez cały dzień, wciąż żałośliwie wzdychając, aż do wieczora.

— On już musiał umrzeć wczoraj — mówił Placek.