— O, nie! — zaśmiał się Nieborak. — Kapitan tylko udawał, że was chce skazać na męki. Jeden Robaczek w całej bandzie jest krwi chciwy, a inni to tylko udają straszliwych potworów, ja myślę, że ze strachu, bo się sami wiecznie boją i w ten sposób dodają sobie ducha.

— I my będziemy mogli wrócić do matki?

— A gdzieżby? — spytał ze zdumieniem Nieborak. — Gdzie mieszka wasza matka?

— Jedną musimy iść drogą. O, panie! — zawołał Jacek. — Pierwszy raz w życiu jestem szczęśliwy. Placku, o czym myślisz?

Placek nie odpowiedział, tylko wpatrzony w ogień usilnie pracował głową i w jakimś niezmiernym trudzie chciał z niej coś wydobyć.

— Co się jemu stało? — spytał Nieborak.

— Wygląda, jakby zwariował — rzekł zaniepokojony Jacek. — Placku, co tobie?

— Mam! — zakrzyknął Placek, podniósł rękę i wyrzekł uroczyście: — Matka czeka swego dziecka, więc wędruję do Zapiecka!

— Nowy Łapiduch! — zakrzyknął ze śmiechem Nieborak.

Jacek natomiast spojrzał z podziwem na brata, w którym się narodził tak wzniosły poeta.