— Uściskajmy się! — zawołał zbójca Nieborak.

Sowy i puchacze patrzyły ze zdumieniem, jak trzy widma tańczą w noc dookoła ogniska.

Rozdział siedemnasty, w którym jedno słowo do drugiego się uśmiecha i tylko słowo: koniec — smutną ma minę

W osiem dni potem trzech strojnych jeźdźców pędziło na wspaniałych rumakach; każdy z jeźdźców wiódł prócz tego na lince ciężko obładowanego luzaka216. Konie były bogato przybrane, siodła nabijane drogimi kamieniami, ludzie zaś byli przybrani po pańsku, w aksamity i altembasy217. Na kołpakach mieli kolorowe pióra, za pasem kindżały, w głowniach sadzane rubinami. Świeciło na tych młodych postaciach srebro i złoto, najjaśniej jednak świeciła radość na ich twarzach. Jeden z jeźdźców miał powagę na pięknej twarzy, dwaj inni mieli na swoich gęste piegi. Na końcu świata poznalibyśmy po tych licznych znakach Jacka i Placka, jadących z Nieborakiem.

Wyczekał on sumiennie terminu, po czym, po głębokim namyśle, postanowił ważyć się na wielkie przedsięwzięcie. Codziennie zwiedzał groty, w których niezmierne bogactwa nagromadziły jeszcze dawniejsze pokolenia zbójców, a banda kapitana Brodacza znacznie je powiększyła. Wreszcie wybrał spośród nich takie cenne rzeczy, które leżały tam chyba od stu lat, dziś już nie wiadomo czyje. Zbójcy powiedzieli przed dziesięciu laty, że mu tysiąckrotnie zapłacą za lata niewoli i zbójeckiej służby. Brał więc spokojnie, wiedząc, że przynajmniej część tych skarbów wróci do ludzi i jakieś łzy obetrze, a dawne krzywdy, co już nie mogą być naprawione, przynajmniej jakąś nędzę nakarmią. Z serdecznym wzruszeniem odnalazł swoje zawiniątko i uciułane w nim grosze; ukrył je na piersi, bo mu były cenniejsze od tych wszystkich cudzych skarbów.

Jackowi i Plackowi oczy wylazły na wierzch na widok tych nieprzebranych bogactw. Dziwna jednak rzecz! Patrzyli na nie ze zdumieniem, ale nie zachłannie; widzieli już przeklęte skarby złotych ludzi i rozumieli wiele. Nie mogli jednak ukryć radości, kiedy wraz z Nieborakiem przywdziali świetne stroje, zrzuciwszy wstrętne łachmany.

— Gdyby nie nasze gęby, można by mniemać, że jesteśmy królewskiego rodu! — rzekł z radością Jacek.

— O tak, bracie królewiczu z Zapiecka! — zawołał Placek.

— Czasem i królewicz ma brata idiotę! — mruknął z głębokim przekonaniem Jacek.

Rozpierała ich radość i chcieliby już gnać na szybkich rumakach, których wiele stało w ukrytych stajniach. Nieborak wybrał sześć najszybszych, a resztę puścił wolno w las, aby nie poginęły z głodu. Wciąż był zamyślony i pilnie nasłuchiwał każdego szelestu, kiedy zaś przeminął tydzień, przeżegnał się i rzekł: