— W drogę, najmilsi, i niech nas Bóg ochrania!

Kierowali się słońcem i gwiazdami. Nie jechali wprost na wschód, obawiając się, że się mogą natknąć niespodzianie albo na czarownika, albo na zamek złotych ludzi, albo na to miejsce, gdzie w lasach zapadli zapewne zbójcy, lecz czynili daleki krąg, wędrując po nieznanych drogach i po dzikich pustkowiach. Chłopcom zdawało się czasem, że poznają znajome okolice, co jednakże było tylko złudzeniem, gdyż lasy są do siebie podobne, a w owych czasach ciągnęły się one na niezmiernych przestrzeniach. Czasem spotykali ludzkie sadyby218, gdzie kłaniano się im w pas; powiadali się wtedy posłami króla do sułtana tureckiego, dla którego wiozą podarunki. Przy spotkaniu z ludźmi ratowali zawsze każdą napotkaną nędzę, głód i biedę.

Słońce opaliło im twarze, a świeże powietrze karmiło ich zdrowiem, wciąż im się tylko zdawało, że konie biegną zbyt powoli. Chcieliby być jak najprędzej tam, dokąd dążyli, nie mogli jednak jechać zbyt szybko w dzikim kraju, w którym dróg jeszcze nie było, i z trzema ciężko obładowanymi końmi. Odpoczywali też często, nocami patrząc w gwiazdy. Chłopcy opowiadali Nieborakowi swoje przygody, których słuchał z podziwem i zdumieniem.

— Ciężko was Bóg pokarał, ale wam za to odmienił dusze — mówił. — Nieszczęście wiele uczy. Czy tylko, o Boże, czy tylko żyją jeszcze nasze matki?

Wtedy zamierały w nich serca i bez zwłoki dosiadali koni, gnając je bez wytchnienia.

Mieli przed sobą wielką drogę. Mijały tygodnie, a oni wciąż jeszcze nie dotarli do znajomych szlaków. Nie obawiali się zbójców, Nieborak bowiem znał wszystkie zbójeckie hasła i wiedział, że kruk krukowi oka nie wykole, a zbójca nie uczyni krzywdy swojemu komilitonowi219. Bardziej lękali się dzikiego zwierza, którego wonczas220 pełno było w lasach; mieli wprawdzie ze sobą broń, zawsze jednak któryś z nich musiał nocą odbywać straż. Kiedy podczas miesięcznych nocy kolej stróżowania przypadła na Jacka lub Placka, czuli się dziwnie niepewnie i starali się ukryć twarz przed księżycem. Niemiła to była historia z tą kradzieżą księżyca, woleli przeto nie przypominać mu się zbytnio.

Szczęście im sprzyjało, gdyż w ciągu długiej podróży nie zdarzyło im się nic groźnego; czasem tylko koń okulał, czasem Jacek i Placek zlatywali z niego okrężną drogą przez koński łeb, co nie jest zwyczajem dobrych jeźdźców.

Jednego dnia zbliżyli się do wielkiego jeziora; ostrożnie jednak wychynęli z lasu, bowiem przestraszyła ich dziwna wrzawa na jeziorze.

— Co się dzieje na tej wodzie? — zapytał zdumiony Nieborak.

— Ha! — krzyknął Jacek. — To pelikany!